Dzień IV: Yankee Doodle

Piotr DrzewieckiBlogs, Peter AlexLeave a Comment

Gernika-Lumo Albergue

Świat jest jeno szkołą szukania; nie o to chodzi, kto dopadnie, ale kto przebieży piękniejszą drogę.
Michel de Montaigne

02.08.2011: Markina-Xemein – Iruzubieta – Bolibar – Zenarruza – Munitibar – Zarra – Olabe – Arratzu – Marmiz – Gernika-Lumo (27,6 km)

Simon BolibarTrzeci dzień Camino zacząłem później niż zwykle. Noc była parna i gorąca: duża liczba pielgrzymów stłoczonych na małej przestrzeni, niemalże nieistniejąca cyrkulacja powietrza i do tego temperatura powietrza w wysokości takiej jak w Polsce latem w ciągu dnia. No i deszczyk kropiący w nocy, który wcale nie ochładzał. A noga dostarczała cyklicznej pobudki w trakcie każdego przewrotu z boku na bok.

Pierwsze kilometry z rana były najgorsze. Ciągłe schodzenie i podchodzenie, góra-dół. Jeszcze z wchodzeniem dawałem sobie radę, jednak obciążenie w dół było zbyt duże. Ścieżki wąskie, trzeba było iść prosto, a nie zakosami jak porządny górski trekker. Camino, spokojnie, damy radę.

Poranek upłynął na wędrówce z dziaduniem–Baskiem. Pomagaliśmy sobie nawzajem, a to przeskoczyć przez przewrócone na ścieżkę drzewo, a to podać wodę. Przypominał mi trochę świętej pamięci dziadka mojego brata ciotecznego, który był trochę moim dziadkiem, którego nigdy nie miałem. Twarz znaczona wieloma bruzdami świadczącymi o życiu, w którym nie unikało się ciężkiej pracy a do tego tlące się w oczach iskierki i figle. Taki był. Mówił do mnie coś po hiszpańsku, baskijsku i pokazywał wszystko w koło. Widziałem w nim pasję życia.

Strumień w Kraju Basków

Wszystkie strumienie po drodze były dla mnie wybawieniem. Wchodziłem w nie w sandałach, nie trudząc się nawet, aby je zdjąć. Stałem kilka minut, aby schłodzić ścięgna i by ból zelżał. Rozsądek mi podpowiadał: zwolnij człowiecze. Jednak serce rwało się dalej. Osz, jak ono się rwało, że nastąpił rozjazd, i mój stoicyzm i złoty środek szlag trafił. No i klops. Ostatni odcinek przeszedłem tego dnia asfaltem, a nie pagórkami. Na skróty. Był to marsz żywego trupa. Myślę, że dostałbym rolę w ciemno w jakimś koszmarze z ulicy wiązów.

Mimo mojego (jak mi się wydawało wtedy) ślamazarnego tempa, dotarłem do schroniska przed wszystkimi, którzy ze mną nocowali poza trójką Włochów (jak mi się początkowo wydawało). Giuseppe z Como, który przypominał mi domokrążcę oraz para: Ana i Carlos, którzy okazali się być Hiszpanami z Pamplony wędrującymi razem z Peppe od Irun. Włoch okazał się być już łysiejącym Sycylijczykiem, który resztę swoich włosów zaczesywał do tyłu za każdym razem wilgotnym grzebieniem. Do tego na ręku miał jakiś sygnet i potrafił zagadać do każdego. Po niemiecku, francusku, hiszpańsku, angielsku i Jakub jeden wie w jakim jeszcze języku. Był bezczelny, no może nie tak jak ja, ale plasował się w czołówce mojej prywatnej klasyfikacji bezczelności na Camino. Fryzura, złoty sygnet, specyficzny styl mówienie: serio przypominał mi mafiosa. Jednak Peppe raczej z Camorrą wspólnego wiele nie miał, był za to prawdziwym obieżyświatem handlującym metalami szlachetnymi. W trakcie jednego z wielu wspólnych wieczorów opowiadał, że po Camino musi lecieć do Lizbony, gdzie czeka go licytacja.

Pomnik w Gernika-LumoTo dopiero czwarty dzień, a Włochów jak mrówek i mają najlepsze przewodniki na świecie. Dlaczego? Ponieważ nie oszukują pielgrzymów na dystansach. Włosi zawsze podają odległość od schroniska do schroniska.

Znalazłem w Gernice aptekę i po krótkiej dyskusji z farmaceutą moim płynnym hiszpańskim opierającym się na mimice twarzy oraz gestykulacji, udało mi się nabyć specjalny usztywniacz na kostkę. Kosztował 34 EUR, czyli cena porównywalna do tej w Polsce.

W supermercado uzupełniłem zapasy prowiantu na kolację. Dzisiaj tradycyjna hiszpańska porcja sałat z 3 tuńczykami calvo, paczką zielonych oliwek, dwoma pomidorami oraz papryką. Postanowiłem zaszaleć, ponieważ oprócz bagietki wziąłem śnieżnobiały serek Filadelfia, a w standardzie do popicia 3 x San Miguel oraz przecier pomidorowy. Nabyłem jeszcze lód koktajlowy do obłożenia nogi.

Schronisko mieściło się na sali gimnastycznej. Dysponowało pewną liczbą materacy, które w myśl zasady „kto pierwszy ten lepszy”, zabierali pierwsi pielgrzymi. Reszta podłoga i karimata. Na środku Sali gimnastycznej ulokowano wielki stół, przy którym można zjeść i pogadać. Piwem podzieliłem się z dwoma Francuzami, którzy wyglądali na jeszcze bardziej zmęczonych niż ja.

Pielgrzym odświeżony, pielgrzym opatrzony lodem, wyciągnięty na materacu. Odpoczynek. Siesta. Nie miałem zamiaru ruszać się z miejsca tego wieczora, którego spokój został nieco zaburzony przez przybycie Ned’a. Można było powiedzieć, że słychać go było już zza murów schroniska, a raczej jego harmonijkę i Yankee Doodle. Wszyscy zaczynali nucić, a jak stanął w progu to rozległy się okrzyki radości na powitanie, wiwaty, brawa. Gdyby można było wystrzelić fajerwerki, to Peppe pewnie by coś odpalił.

Późnym wieczorem siedzieliśmy we trójkę przy stole (Ned, Joana – pół niemka, pół baskijka oraz ja) i rozmawialiśmy o szlaku. Joana, która mieszka w San Sebastian wyjaśniła mi różnicę między pinchos i tapas. Pinchos, to przekąski będące małymi kanapeczkami, których mekką jest właśnie San Sebastian. Na starym mieście można zjeść kilkaset rodzajów tych kanapeczek w kilkudziesięciu barach. Wchodzisz do baru i pokazujesz co chcesz zjeść, na końcu zostajesz podliczony. Nie jest to tania przyjemność, ponieważ pinchos kosztują od 1 euro wzwyż. Ich przeciwieństwem są tapas, które dostajemy za darmo. Ich nazwa wzięła się od małych talerzyków, które barmani stawiali na kuflu z piwem, aby muchy nie wpadały do piwa. Tapas może być wszystkim – oliwki, snacki, malutkie kanapeczki, mała porcja sałatki, krewetka lub kalmary, paluszki krabowe, roquetas. Czasami takimi tapas można się najeść, szczególnie w ciągu upalnego dnia.

Czy warto brać karimatę na Camino?

Wielu przyszłych pielgrzymów staje przed dylematem – brać, czy też nie brać karimatę? Otóż moim zdaniem zależy to tylko i wyłącznie od 4 czynników:

Kiedy się wybieramy?

Jeżeli wybierasz się w lipcu i sierpniu to warto zastanowić się nad zabraniem karimaty. W pozostałych miesiącach zrezygnowałbym z niej, ponieważ nie powinno być problemu z noclegiem. Pielgrzymując w trakcie roku świętego 2010, w lipcu, trasą Camino del Norte od Santander, zdarzało się, że w Galicji nie było miejsca w albergue. Przyszło nam nocować na halach sportowych, gdzie nie było materacy w związku z tym nasze karimaty się bardzo przydały. Takich noclegów były 3-4 od Santander. W 2011 roku zdarzyło mi się 2 razy spać na karimacie/materacu.

Jakim szlakiem zamierzamy iść?

Jeśli wybierasz się najbardziej uczęszczanym szlakiem Camino Frances w miesiącach lipiec i sierpień – zastanów się nad karimatą. Być może, że Ci się przyda. Spanie na twardej podłodze po całym dniu marszu nie jest przyjemnością. Dla odmiany na Camino del Norte przed przekroczeniem granic Galicji w Ribadeo karimatę użyłem tylko raz, gdy nocowaliśmy w Santader u przemiłej Casildy, która przyjęła nas do siebie na nocleg.

Gdzie zamierzamy nocować?

Uwzględniając dwa powyższe czynniki, weźmy także pod uwagę to gdzie zamierzamy nocować. Jeśli chcemy spać w namiocie – weźmy karimatę. Przyda się. Noce na Camino del Norte niezależnie od pory roku są chłodne i zimne. Jeśli chcemy spać tylko w albergue, nie bierzmy karimaty (z uwzględnieniem dwóch wyżej wymienionych czynników).

Jakimi środkami pieniężnymi dysponujemy?

Jeżeli dysponujemy wystarczającą kwotą środków pieniężnych, to zrezygnujmy z karimaty. Prawie zawsze w takim przypadku będzie nas stać, aby zanocować w prywatnym albergue, za które zapłacimy odpowiednio drożej, ale nie będziemy nosić ze sobą karimaty.

Jeżeli już jednak zdecydujemy się na karimatę, to jaką wziąć?

Większość z nas kojarzy karimaty z szerokimi kawałkami sztucznego tworzywa, które zwijane w rulon przytraczamy do naszego plecaka. Tak są jeszcze takie archaiczne stwory, do których kupna nas zachęcają w sklepach. O nich nie będę się rozpisywał. Jednak chciałbym zwrócić uwagę na trochę bardziej nowoczesne karimaty-materace samopompujące. Może nie chronią tak dobrze od zimna i chłodu, bo w końcu w środku międzywarstwami cyrkuluje powietrze, ale są o niebo wygodniejsze oraz możemy je spakować w całkiem małe poręczne pakunki. Do tego wbrew pozorom nie są ciężkie.

Mata użytkowana przeze mnie ma wymiary 183 x 51 x 2,5 cm, wypełniona jest ultralekkim rdzeniem piankowym i waży jedyne 600 gram. Zwija się na długość od łokcia do nadgarstka i po spakowaniu ma wymiary 16×28 cm.

Są również alumaty, który zaletą jest izolacja od zimna, ale nie są wygodne do spania. Można wziąć również materace, które po napompowaniu są całkiem wygodne, ale ich ciężar i wymiary odstraszają.

Jak to jest z transportem karimaty w samolocie?

W Polsce pakując się do Ryanair nie mieliśmy nic przytroczonego do plecaka. Nawet wielka karimata mojej koleżanki była jakimś cudem upchnięta do środka. Jednak w Londynie (Stansted) widzieliśmy plecaki oblepione różnymi śpiworami, karimatami i przewoźnik je przyjmował. Jednak transportowanie czegoś takiego na zewnątrz plecaka graniczy z głupotą, bo sami narażamy się na straty. Tani przewoźnik zwykle zbytnio nie szanuje naszych bagaży. Rzuca nimi i brudzi. Jeśli już mamy w ten sposób transportować bagaż, to włóżmy go we flight cover.

Czytaj więcej