Dzień III: Red beer

Piotr DrzewieckiBlogs, Peter AlexLeave a Comment

Zumaia

Spodobał Ci się wpis? Podziel się nim na:

Wszystko, co przeżywamy, to tylko jakieś etapy, jakieś stacje. To, co dziś wydaje się wielkim osiągnięciem, jutro odpada, bo poszliśmy już dalej. Trzeba być zawsze w drodze.Anna Kamieńska

01.08.2011: Zumaia–Elorriaga–Itziar–Deba–Aparin–Olatz–Armoate-Markina-Xemein (38,9 km)

Kiedy byłem małym chłopcem Mama czytała mi różnego rodzaju bajki, komiksy i książki. Niby nic niezwykłego, przecież większość dzieciaków doświadcza tego szczęścia w okresie sikania do góry i mazania po ścianach obrazków niczym pierwotni po ścianach swoich jaskiń. Jedna z bajek z tamtego okresu była o księżniczce na ziarnku grochu. Pamiętacie?

Opowieść o księżniczce..
Opowieść o księciu co szukał bez powodzenia prawdziwej księżniczki. Pewnego wieczoru uśmiechnęło się do niego szczęście, ponieważ do drzwi wielkiego zamku zapukała zołza i oświadczyła: „Cześć Księciu, jestem Prawdziwa Księżniczka. Podobno mnie szukałeś całe życie. Oto jestem”.

„Księciowi” opadła szczęka, spadł grom z jasnego nieba i stwierdził, że to najszczęśliwszy wieczór w jego życiu. No prawie, przecież jeszcze jest przyszła teściowa. To są dopiero przebiegłe bestie.

Otóż mateczka królowa postanowiła sprytnie (jak to w bajkach bywa) przetestować Prawdziwą Księżniczkę i oddała jej najlepszy pokój z klasy delux, z taką ilością materaców i puchowych kołder, że spała prawie pod sufitem. Był i haczyk, a raczej groszek. Przebiegła (przyszła) teściowa wrzuciła na sam dół stosu pierzyn ziarnko grochu.

Rano z niewinnym uśmiechem pyta Prawdziwą Księżniczkę: „Co tam kotku?”. Ta zgodnie z prawdą odpowiedziała (bo prawdziwe księżniczki nie kłamią): „Kiepsko, strasznie nie wygodnie, coś mnie uwierało w zadek”. I w ten sposób poznali, że to Prawdziwa Księżniczka.

Jak ta bajka ma się do mnie? Po nocy spędzonej na wodnym materacu w Zumaia stwierdzam, że jestem prawdziwym księciem 😉 Coś mnie uwierało w zadek, a przecież to był super miękki materac, taki wodnisty. Ok, żarty na bok: zdecydowanie bardziej wolę twarde posłania, wtedy się wysypiam, a nie wstaję połamany jak tamtego poranka.

Pobudka zagrała o 5:30. Jednak potrzebowałem jeszcze 30 minut spokojnego leżenia. Następnie wszystko wywlokłem na korytarz średniowiecznego konwentu i spakowałem się. Nauczyłem się tego w ubiegłym roku, ponieważ nie ma nic gorszego od gościa co budzi wszystkich w dormitorium, szeleszcząc w trakcie pakowania wszystkimi woreczkami foliowymi jakie posiada w plecaku.

Moja poranna ślamazarność sprawiła, że dopiero godzinę po sygnale budzika znalazłem się na trasie. Tempo wędrowania było dosyć szybkie, ponieważ już po blisko trzech godzinach znalazłem się w Deba, przeganiając po drodze sześć osób, które wyszły przede mną. Reasumując przed śniadaniem pokonałem odcinek, który piął się cały czas w górę i kończył stromym zejściem do Deba. Tutaj zatrzymałem się na godzinne śniadanie: kanapka z szynką plus kawa z mlekiem oraz krótki wpis na profilu Caminodelavida na Facebook’u.

Miałem drobny problem z wyjściem z Deba. Strzałki gdzieś mi zniknęły z oczu. Na szczęście życzliwy dziadek wskazał mi Camino: promenadą w przeciwnym kierunku do Rio Deba uchodzącej do Oceanu Atlantyckiego, następnie przez most i tym razem wzdłuż nurtu rzeki, aby zakończyć wspinaczką pod górę.

Trasa do Markina-Xemein była ciężka, wiele stromych podejść i takich samych zejść. Kostka zaczęła dokuczać coraz bardziej. Kilka razy kończyła mi się woda w streamerze. Raz uratowało mnie źródełko dla pielgrzymów, które było zwyczajną plastikową rurą wbitą w zbocze a obok niego na krzewie leżał kubeczek. Zatrzymaliśmy się przy nim z pewnym Baskiem, uzupełniliśmy zapasy wody i wędrowaliśmy już razem do Markina. Kilka razy mijaliśmy zwalone na caminowe ścieżki pnie drzew, przez które swobodnie przeskakiwałem, jednak dziadkowi sprawiały kłopot. Przystawałem i pomagaliśmy sobie nawzajem. Ponieważ nie znał angielskiego, więc pokazywał gestykulując, aby podać mu bukłak z wodą, który miał przypięty niepraktycznie z tyłu plecaka. Próbował podzielić się wodą ze mną, co było wyrazem najwyższego zaufania i sympatii. Sprawiało, że lżej się maszerowało. Baskijski dziaduniu miał bardzo dobrą kondycję, więc dotrzymywał kroku. Tego dnia minąłem po drodze 17 osób, sześć z nich wyszło z Zumaia, a tylko jedna doszła do Markina i znalazła nocleg razem ze mną w albergue.

Nie chciałbym, aby ktoś z czytających bloga odniósł wrażenie, że Camino było dla mnie wyścigiem z innymi. Camino to nie wyścig szczurów w pogoni do najbliższego albergue. Pierwsze dni na Camino są zawsze dla mnie potężnym zastrzykiem wolności. Radość, która im towarzyszy przejawia się tym, że po prostu pędzę, dosłownie. Nie jest to podyktowane chęcią współzawodnictwa z innymi. Na Camino czuję się perfekcyjnie wolny od wszystkiego. Droga i towarzyszące jej myśli wybijane rytmem miarowych kroków pchają mnie do przodu. Oczywiście zdarza się, że to zachłyśnięcie umysłu i serca wolnością daje też negatywny wydźwięk poprzez zbytni przypływ endorfiny i adrenaliny. Wtedy następuje delikatnie pisząc: rozjazd między umysłem, sercem i ciałem, które zwyczajnie nie daje rady. Mam na myśli moja kostkę, która zaczynała sygnalizować: „Nie pędź, masz czas”. Ignorancja tych sygnałów sprowadziła na mnie trochę bólu i obaw, ale zwyczajnie chciałem oddychać pełną piersią Camino.

Na przedmieściach Markina, tuż obok słynnej pustelni Ermita de San Miguel de Arrechinaga, spotkałem Joane, z którą przyszło mi potem prowadzić ciekawe rozmowy o pielgrzymach, fenomenie Camino oraz samej trasie. Co ciekawe wewnątrz odbudowanej w XVIII wieku kaplicy znajdują się trzy duże kamienie liczące sobie ponad 40 milionów lat. Tworzą one coś w rodzaju kaplicy w kaplicy, w centrum której jest postać Michała Archanioła.

Do albergue „doczołgaliśmy” się z Joaną we dwójkę. Byliśmy jednymi z ostatnich pielgrzymów, dla których znalazło się miejsce do spania. W przeciwieństwie do poprzednich miejsc odpoczynku, tutaj był prawdziwy tygiel kulturowy: Ned z Alaski (lat 36), Joana z San Sebastian (pół Niemka, pół Baskijka – lat 32), Włosi: Andrea, Carlo, Gusieppe, Alessandra, Alesio, Hiszpanie: Carlos i Ana, Dziadunio Bask, dwie Niemki oraz inni, których imion nie pamiętam.

Zdecydowanie najciekawszą postacią był Ned z Alaski. Archeolog, mieszkający na co dzień 5 km do Firebanks. Poznaliśmy się w trakcie wieszania prania. Próbował ustalić z jakiego europejskiego kraju pochodzę. Dałem mu trzy strzały i za żadnym razem nie trafił, co sprawiło mi niezły ubaw. Najpierw byłem wg. niego Niemcem, potem Austriakiem, a na końcu stwierdził, że Szwajcarem. Siedząc przy piwie i soku pomidorowym dyskutowaliśmy na temat tego co było przed Camino. Dlaczego jest tyle jaskiń na szlaku Camino del Norte ciągnących się od granicy francusko-włoskiej aż do Finisterry? To Ned pokazał mi, że można pić wymieszany sok pomidorowy z piwem. Jak stwierdził: „Red Beer jest najlepszą rzeczą na kaca, jaką pijemy na Alasce”. W kolejnych schroniskach właśnie w ten sposób uzupełniałem płyny po całym dniu. Mały San Miguel i sok pomidorowy. Było to niejako atrakcją wieczoru: zobaczyć jak loco Polaco pije coś takiego a nie claritę. Po pewnym czasie zauważyłem, że inni też doceniają ten amerykański powerade (w poprzednim roku było o niemieckim powerade).

Po dotarciu do schroniska okazało się, że zapomniałem moich okularów z Zumaia. Rano, gdy zakładałem soczewki, zostawiłem je w łazience na sznurku. Sprowadziło to trochę kłopotów na mnie związanych szczególnie z podróżowaniem ALSĄ, w autobusach której klimatyzacja pracuje pełną parą. Nie chciałem się jednak cofać i nie przywiązywałem zbyt wielkiej wagi do tej straty materialnej.

I jeszcze raport z kostki: bolała niesamowicie, przyłożyłem do niej dwie zimne puszki, aby trochę schłodzić nadwyrężone ciało.

O 21-22 większość już leżała w swoich łóżkach, niektórzy chrapali. Dzięki Ci Jakubie za stopery!

Spodobał Ci się wpis? Podziel się nim na:

O autorze

Caminodelavida

Facebook Twitter

Caminodelavida to portal informacyjny o Drogach świętego Jakuba w Polsce i Camino de Santiago na świecie. Pełni rolę internetowego biura informacji, a redaktorzy realizują misję wirtualnych hospitaleros.