Vuelta a Santiago

Piotr DrzewieckiPeter Alex5 Komentarze

Nasz ostatni pełny dzień na hiszpańskiej ziemi spędziliśmy w Santiago. Po pobudce i krótkich przygotowaniach poruszając się tempem spacerowym wybraliśmy się z Monte do Gozo do miasta. Obejrzeliśmy wreszcie przy świetle dziennym ogromne albergue, w którym może nocować ponad 1100 pielgrzymów jednocześnie. Do ich dyspozycji oddane są restauracje, ścieżki rekreacyjne, mały staw, fontanny. Całość upiększają rzeźby przedstawiające pielgrzymów.

Ośrodek wywołuje ogromne wrażenie na wszystkich, którzy tam docierają i mimo swojej wielkości nie sposób się w nim zgubić, ponieważ wszystko jest bardzo dobrze oznaczone.

Opuszczając Monte do Gozo w kierunku Santiago byliśmy żegnani przez wielki słup, na którym w kilku językach napisano życzenie dobrej drogi.

W trakcie naszej ostatniej wędrówki nie mogliśmy narzekać na brak atrakcji. Idąc do centrum zaszliśmy do małej restauracyjki na małe co nieco. Dziewczyny wreszcie mogły zakosztować chocolate con churros, czyli tradycyjnego hiszpańskiego przysmaku śniadaniowego – gęstej i bardzo słodkiej czekolady oraz ciastka – churro. Ciastko jest bardzo kaloryczne, bo nie dość, że jest smażone na głębokim oleju, to jeszcze jest on dodawany w procesie jego przygotowywania. Podobno najlepiej smakuje umoczony w filiżance czekolady i dlatego ta śniadaniowa przekąska jest nazywana chocolate con churros. (tutaj akurat chyba mój rogalik się przypałętał na zdjęciu, ale co tam 😉

Nie miałem ochoty tego spróbować, bo i tak jestem wystarczająco słodki ;), ale dziewczynom po spożyciu oczy się świeciły z radości.

Docierając bocznymi uliczkami do centrum nie doświadczyliśmy już tego tłumu, który przelewał się przez miasto w ciągu kilku poprzednich dni. Nawet kolejka obwożąca turystów mogła się swobodnie przemieszczać wąskimi uliczkami starego miasta.

Mój plan na ten dzień to zakup kilku pamiątek dla najbliższej rodziny oraz zwiedzanie i degustacja hiszpańskiej kuchni.

Zakupy były błyskawiczne, w końcu to tylko pamiątki, więc nie chciałem na nie zmarnować nie wiadomo ile czasu. Zwiedzanie zacząłem od Pazo de Alfonso III de Fonseca, czyli pałacu, w którym aktualnie znajduje się rektorat Uniwersytetu Santiago de Compostela. Na dziedzińcu pałacu, wśród zieleni stoi pomnik Alfonso III de Fonseca.

Był on arcybiskupem Santiago de Compostela i jednym ze światłych umysłów renesansu utrzymującym kontakty m.in. z Erazmem z Rotterdamu. Za jego życia doszło do wykupienia starego szpitala dla pielgrzymów i konsolidacji szkół w Uniwersytet co zostało potwierdzone bullą papieską w okresie późniejszym. Sam budynek rektoratu jest dostępny dla zwiedzających, jednak mi nie było dane zajrzeć do środka ze względu na siestę.

Potem ruszyłem w boczne uliczki, by zakosztować smaków Galicji. W jednej ze zjawiskowych restauracyjek zamówiłem caña (czyli małe piwo) a do tego niezwłocznie miła kelnerka podała mi talerzyk zakąsek, na którym były 3 małe kanapeczki z dojrzewającą szynką, pomidorem i oliwkami oraz łyżkę sałatki z owocami morza. To tylko rozbudziło mój apetyt, bo wziąłem jeszcze polecaną przez tą samą dziewczynę wielką bocadillos z dużą ilością warzyw (pomidor, ogórek, oliwki, sałata lodowa) oraz miejscową szynką grubą na palec i dobrze wygrilowaną. Cała kanapka była podawana na gorąco.

Po godzinnym popasie udałem się na Praza do Obradoiro, który znajduje się tuż przed frontem katedry. Jeszcze raz stanąłem w okolicach kamiennych płyt, na których pokazany jest tzw. „kilometr zero”, czyli miejsce gdzie kończy się każde Camino de Santiago. Dzień wcześniej moje dziewczyny, hiszpańscy przyjaciele oraz liczne rzesze pielgrzymów kładli się w tym symbolizującym metę miejscu, by dopełnić tradycji zapoczątkowanej przed wiekami. Warto jeszcze wspomnieć, że na płytach wyryte są również słowa upamiętniajace ogłoszenie Camino de Santiago pierwszym Europejskim Szlakiem Kulturowym w 1987 roku przez Radę Europy.

Naprzeciwko katedry znajduje się Pazo de Raxoi, czyli ratusz, na dachu którego stoi figura przedstawiająca Sant Iago – Pogromcę Maurów.

Wchodząc w dniu wczorajszym do katedry nie mieliśmy niestety okazji zobaczyć jak prezentuje się botafumeiro, czyli bodajże najsłynniejsza atrakcja miasta – wielka kadzielnica. Na jej rozhuśtanie potrzeba aż ośmiu mężczyzn. Dzisiaj zachodząc do katedry na koniec jednej z mszy również nie miałem tego szczęścia, bo używana jest ona tylko przy specjalnych okazjach. Może uda się następnym razem.

Po niespełna dwóch godzinach krążenia po starówce, udało mi się trafić do małej kafejki, gdzie na papierowych tackach serwowano owoce morza. Za 8 euro dostałem całą tackę kalmarów, ostryg, pokrojonych w kwadraciki ośmiorniczek i do tego tyle oliwek ile zdołałem zjeść. To wszystko mogłem popić doskonałym lokalnym winem. Wyraz mojej twarzy musiał odzwierciedlać powiedzenie niebo w gębie, bo dziadek, który był zapewne właścicielem knajpki, częstował mnie po sztuce różnymi specjałami, których nazw niestety nie zapisałem, a i z ich powtórzeniem miałem trudność. To była najbardziej urokliwe i zjawiskowe miejsce, w którym przyszło mi jeść w Hiszpanii.

Po spotkaniu z dziewczynami ruszyliśmy razem w drogę powrotną do Monte do Gozo. Dziewczyny ugotowały zupę pomidorową, która była bardzo miłą i smaczną odmianą od hiszpańskiego jedzenia. Dzięki uprzejmości wolontariuszy i O. Romana dokonaliśmy odprawy online. A potem już tylko pakowanie, co w przypadku dziewczyn było nie lada sztuką, bo miały dużo do zabrania a waga ich plecaków diametralne wzrosła.

Wieczorem wybraliśmy się obejrzeć zachód słońca nad Monte do Gozo i całym Santiago. Pstryknęliśmy z Asią kilka fotek przy posągach pielgrzymów znajdujących się niedaleko Centrum Jana Pawła II.

Przy okazji odebrałem lekcję kadrowania zdjęć i posługiwania się aparatem, co było niezwykle cenną nauką na przyszłość.

Dzień zakończyliśmy w restauracji wielkiego schroniska dla pielgrzymów, które znajduje się obok naszego polskiego. Byliśmy tam wszyscy – Asia, Beata, Gosia, Ola, Paula i Marcin. W takim składzie zaczęliśmy nasze Camino i tak też kończymy. No niemalże, bo 27 lipca 2010 roku odlecieliśmy w piątkę, bez Marcina i Beaty, którzy wracali kolejnego dnia.