Zrozumienie przychodzi jako ostatnie

Piotr DrzewieckiPeter AlexLeave a Comment

Wyobraźcie sobie, że jesteście daleko od kraju, wśród Was same obce twarze, języki, których nie znacie, zero znajomych i przyjaciół. Tak było w Santiago de Compostela. Jednak czasami zwyczajny dzień staje się namacalnym dowodem na to, jak to co zwyczajne może zmienić się w niezwyczajne, dzięki nadzwyczajności spotkania z kimś zwykłym a jednak niezwykłym…

(wiem, to zdanie jest zakręcone jak lody włoskie, ale ktoś się zaraził enigmatycznością ode mnie i teraz też choruje czasami na tą zagadkową chorobę)

…w sposób pozornie wyglądający na przypadkowy, a jednak takim nie będący, bo przypadków nie ma 😉

Niedzielny poranek w Monte do Gozo zaczął się około godziny 8 rano. Mieliśmy w planie udać się na mszę święta do katedry na godzinę 10:00. Zerwałem się (napisałbym, że jako pierwszy, ale i tak wszyscy to wiedzą – a jak nie to pewnie podejrzewają – że wstawałem zawsze jako pierwszy) i pobiegłem pod prysznic a następnie zrobić śniadanie dziewczynom. Dzisiaj miała być jajecznica.

Moje dobre samopoczucie zostało szybko zepsute, przez tłum w kuchni, panią która przez blisko 45 min robiła swojemu mężowi jajecznicę a tym samym nasze końcowe spóźnienie. Na mszę nie zdążyliśmy właśnie ze względu na tą nieszczęsną jajecznicę. A w Centrum już była odprawiana tego dnia msza święta o godz. 7:00, więc zostało nam czekanie do południa by udać się do Santiago.

Jednak nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, bo akurat wychodząc z głównego budynku w ośrodku zobaczyłem z oddali najpierw brązowy habit, a potem zmaterializowała się przede mną twarz Ojca Tomka, kapucyna. Pamiętam go jeszcze jako kleryka z WSD Kapucynów w Lublinie na Poczekajce, a później ze wspólnych pielgrzymek na Jasną Górę z grupą 3 Lubelskiej Pielgrzymki i innych różnego rodzaju akcji.

Obaj byliśmy zaskoczeni tym spotkaniem. Pierwszym z pytań jakie mu zadałem, czy nie odprawiłby dla nas mszy? Oczywiście zgodził się, bez dwóch zdań. Była to pierwsza i jedyna na całej trasie msza święta w języku polskim w jakiej uczestniczyliśmy. Paula przeczytała lekcję, Asia zaśpiewała psalm a o. Tomek powiedział do nas krótką homilię, będącą esencją tego po co tam przyszedłem. Zrozumienie często przychodzi jako ostatnie…

O. Tomek ruszał na także na Camino, jednak z braku czasu wędrował tylko od Vigo. Jego opis podróży można znaleźć tutaj.

Po mszy ruszyliśmy do Santiago, aby zdobyć Compostelę oraz m.in. przejść przez święte drzwi by uzyskać odpust. Trochę postałem sobie dzisiaj w różnego rodzaju kolejkach.

Jak za PRL-u, więc na mnie to nie robiło większego wrażenia, ale niektórzy obcokrajowcy nieprzyzwyczajeni do tego typu atrakcji byli trochę nerwowi. Wreszcie udało się wejść do katedry, w której zatrzymaliśmy się we dwoje przy świecach. Każde z innego powodu, a może choć jeden był wspólny? Spełniłem obietnicę daną ponad pół roku wcześniej. Dotrzymałem słowa.

Tak to już jest, że oczekiwanie zwiększa radość ze spotkania. Było tak i w moim przypadku. W kościele akurat była odprawiana msza, więc jak najciszej przemieszczaliśmy się za głównym ołtarzem. Na górę po schodkach by objąć jak para królewska figurę Świętego Jakuba.

Potem jeszcze chwila modlitwy w krypcie  świętego…

…i spojrzenie na tablicę upamiętniającą wizytę naszego Papieża Sługi Bożego Jana Pawła II w 1982 roku…

 

 

 

 

 

…oraz wyjście bocznymi drzwiami z katedry.

Całe Santiago de Compostela żyło odpustem. Na ulicach co chwila mijaliśmy galicyjskie zespoły folklorystyczne, które śpiewając i grając promowały lokalną kulturę.

Pojawiali się też lokalni grajkowie pokazujący swoje umiejętności i grający za każdy grosz 🙂 niektórzy rzeczywiście mieli talent.

W ciągu dnia spotkaliśmy wszystkich naszych znajomych z Camino del Norte oprócz Marka. Na wieczór umówiliśmy się z chłopakami na pożegnalną kolację. Owoce morza jak zwykle smakowały mi wyśmienicie. Zresztą w Hiszpanii nie bałem się ich próbować, bo miałem świadomość, że są świeże. W Polsce jednak pozostają obawy. Odprowadziliśmy ich wieczorem na busa i można powiedzieć, że jak zwykle biegliśmy, aby się nie spóźnić. Są po prostu w moim życiu takie osoby, z którymi jak gdzieś idę to zawsze się albo spóźniam, albo docieram na styk.

Do polskiego albergue wróciliśmy ponownie taksówką, by zasnąć niemalże natychmiast.