Małe szczęścia

Piotr DrzewieckiPeter Alex2 Komentarze

Spodobał Ci się wpis? Podziel się nim na:

Jeżeli podróżuje się w tak małej i hermetycznej grupie to prędzej, czy później zawsze dojdzie do sporów, które wpływają w mniejszym lub większym stopniu na atmosferę. Dojrzałość grupy zawsze przejawia się w umiejętności znalezienia porozumienia, które będzie w mniejszym lub większym stopniu satysfakcjonujące dla wszystkich. Często trzeba było iść na kompromis i poświęcać własne poglądy, ambicje, czy chować głęboko pod siebie humory.

Poranek był koszmarem dla nas wszystkich. Każdą osobę coś bolało. Jednak po 40 km następujących po Aviles miało nas prawo boleć. Z reguły jest tak, że pierwszy kryzys dopada człowieka 3 dnia. Przynajmniej tak ma większość pielgrzymów. Dziewczyny też dopadł. W moim przypadku było trochę lepiej, bo moje plecy dokuczały mi cały czas więc przywykłem niejako do bólu.

Oprócz zmęczenia fizycznego ciągnęło się za nami jeszcze z poprzedniego dnia zmęczenie psychiczne, którego nie rozwiązaliśmy wieczorem. To był właśnie jeden z tych błędów mojego Camino, że biorąc odpowiedzialność za naszą grupę nie wprowadziłem czegoś na wzór rachunku sumienia wieczorem każdego dnia. Wtedy każdy mógłby wyrzucić z siebie to co go boli, lub to co mu się nie podobało w zachowaniu pozostałych. Jednak nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Nauka pozostała na przyszłość.

Ciągnęło się za nami to zmęczenie psychiczne w pewien sposób do pierwszego postoju, który zrobiliśmy sobie przy małej kapliczce. Wtedy trochę odetchnęliśmy. Może właśnie nomen omen dzięki Asi kolanom, które trzeba było poratować maścią i opaskami elastycznymi.

Dalsza część dnia była o wiele przyjemniejsza. W jednej z małych hiszpańskich wiosek, która leżała na wzniesieniu zaraz za drogą szybkiego ruchu spotkaliśmy się z nieoczekiwanym gestem sympatii ze strony starszej babci. Ciągle szedłem z hiszpańską banderą na plecaku. Był to trochę zabieg psychologiczny, bo miejscowi widząc flagę swojego kraju nie tylko klaksonami dawali wyraz swojej akceptacji oraz wsparcia i sympatii. Hiszpańska flaga a także triumf ich reprezentacji w Mistrzostwach Świata w RPA otwierał nam wiele drzwi i serc. Tak również było i w tym przypadku. Babcia wpuściła Paulę do domu, aby mogła skorzystać z łazienki a jednocześnie napełniła nam butelki wodą. Gdy zobaczyła flagę zaczęła do mnie szczebiotać po hiszpańsku, na co ja odpowiedziałem zgodnie z prawdą Yo no hablo espańol. Ona uśmiechnąwszy się weszła do domu i przyniosła nam lody, które zaraz zjedliśmy z apetytem.

Takie małe szczęścia…bo póki radość jest w nas, słońca dłoń gładzi twarz, warto żyć, warto śnić, warto być…warto śmiać, cieszyć się, warto kochać…

Wieczorem po dotarciu do Cadavedo okazało się, że nie ma miejsca dla nas w albergue, które jest bardzo małe. Jednak hospitaleria daje nam pieczątki i mówi, że nie mamy czym się martwić, bo miejsce do spania znajdziemy w la casa natal del padre Galo. W albergue wzięliśmy prysznic, bo w la case znajduje się tylko łazienka z umywalką i toaletą. Siedząc pod albergue poznaliśmy Czecha – Marka, który bardzo dobrze mówi po Polsku ze względu na babcię mieszkającą przy granicy z Polską. Marek ciągle mnie pytał jak się idzie z trzema dziewczynami, czy to bardzo męczące. Zgodnie z prawdą odpowiedziałem mu, że nie – wcale nie jestem szaleńcem : ) Po chwili ruszyliśmy do sklepu i do lokalnego baru, aby coś zjeść. Porcje które nam zaserwowano były rzeczywiście wielkie i bardzo smaczne, nie byłem w stanie wszystkiego zjeść. Nie spieszyliśmy się zbytnio z powrotem do albergue by spotkać się z hospitalerią, która nas miała zaprowadzić do la casy. Jednak zaopiekowali się nami Alejandro i Patrick, którzy pomogli dziewczynom nieść zakupy oraz zaprowadzili nas na miejsce noclegu. Nocowali w pokoju obok nas. Następnie wybraliśmy się wspólnie do tego samego baru, w którym byliśmy poprzednio. Rozmawialiśmy popijając lokalne piwo, które wyjątkowo dobrze smakowało po całym dniu marszu i doskonale wypłukiwało zakwasy. Przed północą wróciliśmy i położyliśmy się spać w miarę szybko.

Następnego dnia oczywiście nie wstaliśmy punktualnie… śniadanie zjedliśmy na trasie na polu tuż za zabudowaniami jakiejś wioski. Paula odkryła, że kleszcz próbuje zjeść jej nogę i dziewczyny pobiegły do gospodarzy po pomoc, bo z naszych apteczek ulotniła się penseta. Nie był to pierwszy kleszcz, który zaatakował naszą grupę, wcześniej Asia doświadczyła tej nieprzyjemności. Czasami po przejściu jakiegoś odcinka w lesie sprawdzaliśmy siebie nawzajem, czy nie mamy gdzieś kleszczy.

W ciągu dnia dogonił nas Marek. Przez chwilę szliśmy razem, a potem znowu nas opuścił, bo jak mówił wolał samotność i ciszę. No cóż, bez obrazy dziewczęta, ale z Wami ciężko było znaleźć i samotność i ciszę 😉 Jednak tego dnia zmienił zdanie i zaczekał na nas po kilku kilometrach. Spytałem go, czy nie brak mu przypadkiem ludzi, bo znowu idziemy razem. Jednak wzruszył ramionami i zbył pytanie milczeniem.

Marek zaproponował, abyśmy wybrali się na piękną plażę Playa de Cueva, która znajduje się tuż obok szlaku. Prowadzi do niej wąska ścieżka położona tuż nad brzegiem Río Esva, która nawet przy ujściu do morza jest krystalicznie czysta. Dzięki temu mogliśmy widzieć jak pływają w niej ogromne liczby ryb. Gdybym wskoczył do wody, to mógłbym je wyciągać garściami, o ile byłbym na tyle szybki, aby którąś złapać. Plaża jest dość płytka, odgrodzona od Oceanu kamienistym pasem, który niczym falochron chroni wybrzeże.

Jak tylko weszliśmy na plażę i wskoczyliśmy z Markiem i Paulą do wody, to akurat słońce schowało się za chmury. W dodatku zaczął wiać dosyć silny i chłodny wiatr znad Oceanu. Czym prędzej zabraliśmy się stamtąd cofając się do głównego szlaku i zlokalizowanej obok skrzyżowania dróg restauracji, w której zjedliśmy wspólnie menu del peregrino.

Playa de Cueva
Playa de Cueva
Playa de Cueva

Dzisiejszy etap miał kończyć się w Luarce, ale dotarliśmy do Almuna, gdzie postanowiliśmy przenocować.

Po zakupach z Pauliną w lokalnym supermercado wróciliśmy do schroniska. Tego dnia poznałem parę Niemców, już w wieku emerytalnym, którzy wybrali się rowerach na Camino de Santiago. Wędrówkę rozpoczęli pod koniec maja w Berlinie i jadąc przez Hamburg, dalej Francję dotarli aż do Hiszpanii. Oglądając wspólnie zachód słońca podzielili się ze mną ciekawym przepisem na napój energetyczny.

Jako że jechali na rowerach to tracili dużo płynów w ciągu całego dnia, w związku z tym zatrzymywali się i co 10 km wypijali mieszankę piwa i lemoniady. Wyglądało to tak: duża butelka lemoniady (1,5l – 2l) jest rozlewana na dwie połowy, które dopełnia się piwem. Też próbowaliśmy tej metody i świetnie zdawała egzamin uzupełniając elektrolity w organizmie.

Tego samego dnia poznałem jeszcze dwie Belgijki – Judith i Anke, które zaczynały swoje Camino właśnie w Almuna. Ich przybycie wywołało salwę śmiechu wśród pielgrzymów, albowiem przywiozła ich Guardia Civil. Anke opowiadała, że przyjechały późno do Luarca i nie kursował już żaden bus, więc nie miały czym dojechać do albergue. Spytały więc o możliwość jakiegoś transportu policję, a władza je zwyczajnie zawiozła na miejsce ponad 3 km.

Ponieważ dziewczyny nie miały mapy, więc zaproponowałem, że mogą iść z nami następnego dnia. Po krótkim namyśle zgodziły się i nasza ekipa się powiększyła.

Dzień zakończył się pozytywnie, mimo tego że dziewczyny jak zwykle zrobiły wszystko w ich „zorganizowany” sposób 🙂 Jednak po prostu trzeba było odpuścić… czasami.

Camino de Santiago - Albergue Almuna
Camino de Santiago - Albergue Almuna

Spodobał Ci się wpis? Podziel się nim na:

O autorze

Caminodelavida

Facebook Twitter

Caminodelavida to portal informacyjny o Drogach świętego Jakuba w Polsce i Camino de Santiago na świecie. Pełni rolę internetowego biura informacji, a redaktorzy realizują misję wirtualnych hospitaleros.