W różnicach tkwi siła…

Piotr DrzewieckiPeter Alex3 Komentarze

Zastanawialiście się kiedyś dlaczego wyjazdy z dala od pracy, szkoły, studiów, codziennych znajomych i jeszcze bardziej codziennych problemów sprawiają, że czujecie się tak dobrze?

Chyba z jednej strony jest to chwilowa ucieczka od tego co zwyczajne. Możemy się odprężyć, bo zostawiamy ten cały bajzel daleko za sobą i zajmujemy się czymś zupełnie innym. Moje Camino nie było ucieczką, w zasadzie to myśli ciągle krążyły wokół tego co w Polsce i starały się nieudolnie ogarniać to co na miejscu w Hiszpanii. Czasami nie było to łatwe. W zasadzie wcale nie było łatwe, ale o tym i błędach, które popełniłem jeszcze będzie.


W piątek 9 lipca wstaliśmy bardzo wcześnie, by wyjść jeszcze o zmroku, przed wschodem słońca. Z San Esteban de Leces trzeba się było cofnąć kilkaset metrów do szlaku. Dobrze, że mieliśmy czołówki, bo inaczej ciężko później byłoby odnaleźć szlak, który doprowadził nas w końcu nad Ocean.

Krajobraz wywoływał u mnie pokorę. Czułem się zwyczajnie mały, mając po prawej stronie Ocean Atlantycki, a po lewej pasmo górskie. Huk fal uderzających o brzeg działał jak kawa, szczególnie, że przed wschodem słońca nie słychać było na pustkowiu w pobliżu La Vegi odgłosów cywilizacji.

(widok na plażę, którą szliśmy z Google Maps)

To był pierwszy dzień naszej takiej prawdziwej wędrówki – cały na nogach z plecakami na plecach. Pokazał pierwsze różnice

między nami. Z jednej strony – one – trzy dziewczyny, którym szczęki opadały z zachwytu 🙂 na widok każdego napotkanego zjawiska, idące własnym tempem, robiące zdjęcia co chwilę, zatrzymujące się w zupełnie niespodziewanych momentach, rozgadane, z wiecznymi pytaniami „daleko jeszcze?” (to oczywiście nie wszystkie cechy, które mógłbym im przypisać). A z drugiej strony ja – zupełne przeciwieństwo, robiący miny bez wyrazu lub politowania, z wzrokiem killera w ramach odpowiedzi na kolejne pytanie „daleko jeszcze?” (pamiętacie Shreka wkurzonego na Osła za „Are we there yet?”?), tracący czasami cierpliwość do nich, rzucający teksty z księżyca, po których można by się było zapaść pod ziemię. Nie było im łatwo ze mną, w zasadzie to trzeba im przyznać uczciwie medal za odwagę, że wybrały się ze mną na taką wyprawę.

Droga przez cały dzień wiła się wzdłuż drogi N-632 i A-8. Mijaliśmy wielkie mosty, które łącząc tunele rozpinały się między wzgórzami na wysokości kilkuset metrów ponad nami. Dotarliśmy na noc do schroniska w Sebrayo. Przed nami były tam tylko dwie Niemki, z których jedna była chora. Obie wybierały się dalej na Camino Primitivo odbijając na południe od Camino del Norte. Primitivo jest wg. mnie jednym z dwóch najtrudniejszych szlaków prowadzących do Santiago de Compostela, ze względu na wysokie góry, dzikie trasy oraz słabą logistykę po drodze (rzadkie schroniska, sklepy itp.).

Tego dnia zrobiliśmy zakupy w objazdowym sklepiku. W takich małych miejscowościach jak Sebrayo raz lub dwa razy w ciągu dnia pojawia się samochód dostawczy, w którym można zaopatrzyć się w pieczywo, owoce i warzywa, napoje, słodycze itp.

W tym roku nocleg w schronisku kosztował 3 Euro. Hospitaleira mieszka trochę dalej za schroniskiem, po lewej stronie pod numerem siedem (stromą uliczką w górę bocznej drogi).

Następnego dnia wstaliśmy jeszcze wcześniej niż poprzednio, by wyruszyć w miarę wcześnie rano. Dziewczyny przygotowały dla nas ciepłą herbatę, która przyznam się szczerze ratowała czasami nam poranek. Myślę, że nawet czarne koty patrzyły na nas z podziwem i z wrażenia zapomniały nam przebiec drogę:)

Etap był bardzo ciężki. Słońce grzało niemiłosiernie. Szybko skończyła nam się woda. Brakowało miejsca, gdzie można by kupić jedzenie. Było też takie jedno strome podejście pod górę… Wtedy modliłem się w duchu, aby dziewczyny dały rady, bo chwilami sam miałem mroczki przed oczyma. Jeśli ktoś z Was kiedykolwiek wchodził na Święty Krzyż w Górach Świętokrzyskich lub Tarnicę w Bieszczadach, to wie o czym piszę. Jednak to podejście było jeszcze bardziej strome, ścieżka wiła się krótkimi serpentynami ciągle w górę. Każde z nas miało kijek trekkingowy, ponieważ dzięki temu było o niebo łatwiej. Dodatkowo szlak co chwilę zakręcał i nie mieliśmy pewności, że idziemy w dobrą stronę ze względu na liczne odnogi. Musiałem co jakiś czas wyskakiwać do przodu, aby sprawdzać drogę i wracać do dziewczyn. Po dotarciu na szczyt (który nim się nie okazał) zobaczyliśmy domek i ruszyliśmy z Asią poprosić o wodę. Babcia wskazała nam kran znajdujący się przy elewacji budynku. Była w nim woda jednak z dużą domieszką żelaza (wbrew pozorom nie w formie zwitaminizowanej). Śmialiśmy się z tego okropnie wracając do dziewczyn. Jakiś czas później znaleźliśmy gospodarstwo i dzięki Pauli umiejętnościom lingwistycznym dostaliśmy wodę. Byliśmy uratowani.

Wieczorem dotarliśmy do Gijon… zanocowaliśmy na kempingu Deva, który oferuje pielgrzymom do Santiago de Compostela kilka domków letniskowych. Dostaliśmy cały domek dla naszej czwórki. Marcin, Beata i Ola nocowali dwa domki wcześniej i w ten sposób ponownie spotkaliśmy się na szlaku. Po umyciu się ruszyliśmy do Gijon z myślą, aby pojechać do Oviedo kolejką lub busem. Nie udało się, bo spóźniliśmy się a potem przemówił głos rozsądku, że i tak nie wyrobilibyśmy się. Po raz kolejny uwidoczniły się wtedy dzielące nas różnice – spojrzenie na pewne sprawy. Docieranie się przypominało chwilami tarcie papierem ściernym o nie ocheblowaną deskę – z obu stron. Jednak w różnicach tkwi siła.

Gijon z nawiązką wynagrodziło nam Oviedo. Byliśmy na plaży – gdzie nie byłbym sobą, gdybym nie wskoczył do Oceanu wykąpać się chwilę. Aśka i Gosia również niedługo potem poszły w moje ślady, ale One zrobiły to w … ubraniach 🙂 Dziewczyny mają styl.

Paula skakała z aparatem i robiła zdjęcia wszystkim i wszystkiemu w koło. Wizytę na plaży zakończyliśmy meczem piłki nożnej plażowej z Hiszpanami.

Paula i Gonia były w jednej drużynie, a ja z Asią w drugiej plus oczywiście w każdym z teamów Hiszpanie. Śmiesznie wyglądało, jak dziewczyny mijały się z piłką, a jak kopały to Panu Bogu w okno 😉 Czasami nie mogłem się powstrzymać od śmiechu, tak samo zresztą tubylcy. Jednak trzeba im przyznać, że robiły to z sercem i pasją. Wygrała oczywiście drużyna Aśki i moja, w końcu mieliśmy przewagę jednego faceta 🙂 ale i tak liczyła się dobra zabawa!

Dzień zakończyliśmy wizytą na lokalnym jarmarku odbywającym się na rynku starego miasta tuż obok Oceanu.

Kupiłem pyszny chlebek oraz Sidrę. A dziewczyny jakieś błyskotki i bransoletki (nic dziwnego, nieprawdaż?:) ) à propos Sidry – jest to wytwarzany z jabłek tradycyjny asturyjski napój alkoholowy (6 procentowy), który jak opowiadała nam Paula (nasze źródło wiedzy o Hiszpanii) powinien być lany z odpowiedniej wysokości, aby uzyskać właściwy smak. Drugim sposobem jest lanie go ze specjalnego dyspozytora. Pierwszy raz właśnie w Gijon piliśmy Sidrę. Dziewczynom niezbyt posmakowała, a mi… niebo w gębie. Do tego wychodzi taniej niż piwo 🙂

Wróciliśmy na kemping późno wieczorem, i czym prędzej położyliśmy się spać, by wcześnie rano wstać i ruszyć do… Aviles na fiestę z okazji zdobycia Mistrzostwa Świata przez Hiszpanię… ale o tym następnym razem.