Trzy pierwsze dni…

Piotr DrzewieckiPeter AlexLeave a Comment

Wyjazd z Lublina: Pierwszy krok z wielu… postawiliśmy dzisiaj… idąc do pociągu relacji Lublin – Kraków. Rodzice pożegnani, ostatnie uściski, wymiana numerami telefonów, życzenia szczęśliwe drogi, gesty pozdrowień, machanie rękami, bieg za odjeżdżającym pociągiem i …cierpliwość wysłana smsem.
Tak zaczyna się nasza wyprawa. Wieczorne przepakowywanie, wspólny posiłek. Nocleg. Sen.
Jutro (a właściwie dzisiaj) pobudka wcześnie rano, aby dotrzeć na lotnisko około 8:00. Potem zdanie bagażu, odprawa osobista i lot.Oczekiwanie na wizytę na hiszpańskiej ziemi 🙂

W ten sposób zaczynałem moją relację z Camino del Norte. Nie udało mi się na bieżąco updejtować bloga. Wynikało to m.in. z tego, że byłem jednego dnia zbyt zmęczony, innego nie miałem dostępu do Internetu, a jeszcze innego zwyczajnie trzeba było najpierw zająć się ważniejszymi rzeczami niż pisanie.

Na pewno ominę wiele rzeczy, o których opowiadała Asia mająca niewątpliwy talent do opisywania naszych przeżyć. Razem z Gosią niemalże codziennie notowały zdarzenia każdego dnia, opisując często z detalami widoki, emocje i napotkanych na szlaku ludzi. Paula i ja z kolei zdecydowanie bardziej byliśmy leniwi w tym kierunku 🙂

To tyle gwoli uczciwości względem czytelnika, współuczestników i samego siebie.


Pierwsze dni…

W Krakowie nie nocowałem z resztą naszej ekipy, tylko u mojej siostry, której nie widziałem ponad rok. Tyle razy w ciągu roku mieliśmy się spotkać i porozmawiać face 2 face, że byłoby wielkim nietaktem z mojej strony, gdybym przegapił taką okazję do spotkania, na które bardzo się cieszyłem. Dziękuję, że mnie ugościłaś.

Rano spotkaliśmy się wszyscy w autobusie mknącym na lotnisko Balice. Po pożegnaniu z moją siostrą, ruszyliśmy w kierunku odprawy, która dla niektórych była pierwszą w życiu. Nie ominęła mnie przygoda ze Służbą Celną, ponieważ moje buty miały metalowe części więc bramka co rusz brzęczała i doczekałem się obszukania (szkoda, że facetów obszukują faceci, ach te kobiety w mundurach). Na twarzach dziewczyn na przemian pojawiało się zadzwienie, zachwyt, pytanie „co to będzie?”. Wsiedliśmy do samolotu, przyspieszenie i start. W Londynie byliśmy po dwóch godzinach, bo czas przylotu podawany jest według czasu lokalnego. Tym samym zyskaliśmy godzinę, by ją później stracić lecąc do Hiszpanii, bo tam jest taka sama strefa czasowa jak w Polsce.

Lotnisko Stansted jak zwykle zatłoczone i pełne ludzi różnej narodowości, maści, wieku i płci. Z zaciekawieniem obserwowaliśmy ten tygiel kulturalny, w którym kolory skóry tworzyły niemalże tęczę, a ubraniami i wyglądem ludzi można by spokojnie obdzielić kilka pokazów mody, czy filmów.

Po krótkim pobycie w Londynie przeszliśmy ponownie odprawę i teraz już tylko lot do Hiszpanii. Wielka Brytania zachmurzona, ale jak tylko przekroczyliśmy granicę wyspy roztoczył się nad nami Ocean Atlantycki z setkami wysp i wysepek.

Błękit nieba i wody zlewał się ze sobą na horyzoncie. Po kilku godzinach lotu naszym oczom ukazało się zielone i górzyste wybrzeże północnej Hiszpanii. Podchodząc do lądowania samolot najpierw wleciał wgłąb lądu delikatnie zataczając łuk, następnie schodząc coraz niżej nad wodami Bahia de Santander (bahia = zatoka) niemalże dotykając podwoziem ody wylądować na pasie, który zaczynał się tuż za linią brzegową.

Szybka odprawa, okazanie dokumentu (dowodu osobistego lub paszportu) i wyjście na… skwar hiszpańskiego słońca. Po zlokalizowaniu Officina de turismo na Aeropuerto de Santander wysłałem szybko Paulę po plan miasta. Jednocześnie wyjmowałem swoje okulary przeciwsłoneczne, po założeniu ich delikatnie dotknąłem jednego ze szkieł, i gdy wyszliśmy na przystanek autobusowy okazało się, że mi wypadło… Zorientowałem się dopiero po pytaniu jednej z dziewczyn: „Bodziu, a gdzie Twoje szkło? To tak specjalnie?”. Czym prędzej rzuciliśmy się do środka z powrotem i uff… udało się znaleźć, bo inaczej moje oczy miałyby przesr… na trasie. Na pierwszego busa nie zdążyliśmy, bo akurat odjeżdżał i w dodatku był, więc pojechaliśmy drugim. Zlokalizowaliśmy schronisko, w którym okazało się, że nie ma już miejsc. Ktoś nas skierował do lokalnej katedry, ale tam również nikt nie planował noclegu dla pielgrzymów. Udaliśmy się do baru w pobliżu alberque obejrzeć mecz półfinałowy Hiszpania-Niemcy. Bar był pełen pielgrzymów. Różne narodowości i jeden Niemiec na środku sali. Po zwycięskim dla Hiszpanów meczu, wszyscy podchodzili do Niemca, który siedział cicho jak trusia przez całe spotkanie, i klepali go po plecach mówiąc: „Don’t worry, maybe next time…”

W schronisku spotkaliśmy tą samą dziewczynę, która pracowała na lotnisku w punkcie informacji turystycznej. Rozpoznała Paulę, która przybiegła do mnie i spytała się, czy może by jej nie zapytać o to, czy nie wie gdzie możemy przenocować. Oczywiście pchnąłem lekko Paulę w tym kierunku „Pytaj!”. W końcu wiele rzeczy trzeba załatwiać na „krzywy ryj”, tak jak w piosence Elektrycznych Gitar – Na krzywy ryj 😉 Paula swoim polskim urokiem załatwiła nam nocleg, a Casilda Escalante zabrała do siebie.

Musieliśmy się podzielić na dwie grupy. Marcin, Gosia, Paula i Asia pojechali z Casildą samochodem, a my (Ola, Beata i ja) wyposażeni w instrukcję i mapę ruszyliśmy na piechotę… Oj, była to długa wędrówka. Nawet nie wiecie ile może narobić kłopotu jedna długa kreska przypominająca strzałkę na mapie i zamiast iść 30 minut szliśmy dwie godziny 🙂 Ale koniec końców dotarliśmy 🙂

Rano pobudka, pakowanie się i bieg na stację Feve, by ruszyć do Ribadesella. Oczywiście Łajza nie byłaby sobą, gdyby czegoś nie zapomniała, ale… powiem szczerze to było zabawne! Oczywiście, chyba znowu musiałem zrobić minę pełną politowania a momentami bez wyrazu, bo dziewczyny chyba się trochę przestraszyły. Cały ja.

Kolejka nam nie uciekła, a my dojechaliśmy z małą przesiadką do Ribadesella.

Pięknego i uroczego miasteczka położonego nad Oceanem Atlantyckim. Schronisko było drogie i pełne (tak nam powiedziano w punkcie informacyjnym), więc wyposażeni w mapę z Officina de turismo ruszyliśmy do oddalonego o 6 km San Esteban, gdzie wg. informacji uzyskanych od miłej Hiszpanki było miejsce do spania dla pielgrzymów.

W albergue dostaliśmy do swojej dyspozycji cały pokój wyposażony w łóżka piętrowe. Na początku była akcja – kto śpi na górze 🙂 z czego się ubawiłem, bo ostatni raz spałem na łóżku piętrowym 11 lat wcześniej we Włoszech we Frascati. Zrobiliśmy pierwsze pranie, pierwsze opalanie, pierwsze wspólne granie w rękę (odmalowaną na kartce z cyferkami pośrodku), pierwszy raz niektórzy z nas pili z butelki napój, którym według Homera raczyli się bogowie.

(Widok na schronisko w San Esteban de Leces)

Zasypialiśmy z myślą o tym, że wcześnie rano (rzekłbym nawet w nocy) wstajemy.

Te pierwsze dni pokazały delikatne i subtelne różnice między nami dotyczące porządku, zorganizowania, priorytetów, charakteru. W dalszej części trasy jeszcze bardziej się one uwidoczniły. Do tej pory przebywaliśmy ze sobą nie wiecej niż 2-3 godziny w ciągu dnia, teraz mieliśmy ze sobą spędzić 24h na dobę. Konfrontacja charakterów, sprzeczki, różnice poglądów, szukanie kompromisów, które nie zakończą się kompromitacją, dojrzewanie, popełnione błędy, ale i radości pięknych – wspólnie spędzonych chwil oraz nowe doświadczenia. Wszytko to przed nami.