Dzień XXII: Santiago – Londyn – Kraków

floresqaFloresqaLeave a Comment

Dzień XXII – wtorek, 27.07.2010

Santiago de Compostela – Londyn – Kraków


Rozpoczęliśmy naszą podróż do domu. Rano, szybciutko zwinęliśmy manatki i poszliśmy na autobus pożegnawszy się uprzednio z Marcinem i Beatą (oni byli w Hiszpanii o jeden dzień dłużej). W drodze powrotnej uświadomiłyśmy sobie z dziewczynami, że zapomniałyśmy zostawić donativo za 3 dni noclegu. Może jeszcze kiedyś uda się odwiedzić to albergue, a wtedy wynagrodzimy tych ludzi za to, co robią. Niewiele brakowało a uciekłby nam jedyny autobus jadący na lotnisko. Jednak Anioł Stróż czuwa i nie pozwolił, by coś złego się przydarzyło. Spokojnie przeszliśmy odprawę, po czym uzbrojeni w duże opakowanie herbatników weszliśmy na pokład boeinga 737. Hiszpania zaczęła robić się coraz mniejsza i mniejsza… Coś w sercu lekko ścisnęło, ale nikt nic nie mówił tylko w milczeniu obserwowaliśmy oddalające się miasta, miasteczka i wioski. Wkrótce świat dookoła przykryła biała pierzynka chmur, a my pogrążyliśmy się w cichych rozmowach.

Między lotami mieliśmy 5h przerwy. Każdy z nas wyplenił je czym innym – Piotrek zjadł obiad, ja pisałam w pamiętniczku, dziewczyny spały lub grały w ’Milionerów’. W tak zwanym międzyczasie podjadałyśmy herbatniki (bo dolarów brak) i czekałyśmy na druga odprawę. Ku naszemu zdziwieniu czas minął bardzo szybko. Byłam nieziemsko zmęczona, a i niskie ciśnienie robiło swoje, więc cały lot przespałam. Zdołałam tylko zobaczyć Kraków nocą – na kilka minut przed lądowaniem.

Na miejsce dotarliśmy wybitnie punktualnie – 21:30. Padał deszcz. Pogoda bynajmniej nie zachęcała do nocnych wędrówek, ale momentami chyba niejako współgrała z naszym nastrojem. A potem? Potem szaleńczy bieg do autobusu linii 292, bilety, pożegnanie z Piotrkiem i przesiadka. Musiałyśmy w trybie natychmiastowym znaleźć z Paulą i Olą jakąś metodę na ‘głoda’, więc skierowałyśmy nasze kroki do McDonalda, w którym siedziałyśmy dopóki nie zamknęli lokalu. Dzień zwieńczyłyśmy długimi rozmowami na ważne tematy, swego rodzaju zbiorem przemyśleń wylanych ot w taką nie bardzo zwyczajną wtorkową noc, przy  kolacji, tj. tortilli z wołowiną. Banalne? A jednak…


Tu historia naszym piórem pisana niemalże zakończyła się. A dlaczego niemalże? W pewnym momencie zdaliśmy sobie bowiem sprawę z tego, że nasze Camino nie zupełnie się skończyło. A to z dwóch powodów: po pierwsze, koniec będzie miał miejsce dopiero wtedy, kiedy pójdziemy na mszę świętą w Katedrze i pojedziemy do Fisterry, a po drugie nasze raz rozpoczęte Camino nadal trwa, bo tak naprawdę „wszystko trwa, dopóki sam tego chcesz”. I jeżeli dobrze się postaramy, będziemy mogli uczynić takim niezwykłym Camino każdy dzień naszego życia. Z tej podróży bowiem pozostało nam coś więcej niż tylko kilka pamiątek, zapisanych w zeszycie kartek i paru zdjęć. Najważniejsze jest to wszystko co pozostawiło swój ślad TUTAJ (wskazała na głowę…) i TUTAJ (…po czym przesunęła palec pokazując serce).

Czasem zastanawiam się, dlaczego doświadczam tyle dobra? Dlaczego dostąpiłam takiego zaszczytu – możliwości pojechania do tak świętego miejsca w wieku 19 lat, podczas gdy niektórzy marzą o takiej podróży całe swoje życie? Prawdopodobnie nie znajdę odpowiedzi na te i inne pytania. Nawet ‘dziękuję’ w takiej chwili wydaje się byś słowem niewystarczającym. Pozostaje tylko żyć tak, aby choć w jakiejś maleńkiej cząstce zasłużyć sobie na wszystkie wspaniałe chwile, dobrych ludzi których na co dzień doświadczamy.

A owoce Camino? Na nie przyjdzie jeszcze czas. To, czego się nauczyliśmy, co wynieśliśmy, to jest nasze. Musimy się tylko starać, aby gdzieś to wszystko nie przepadło w wielkim świecie. Łatwo być ‘innym’ przez 20 dni, ale prawdziwą sztuką jest nie dać się wciągnąć w wir codzienności. Każdy z nas otrzymał tam misję, która brzmi „ester como direcction amarillo” (hiszp. być jak żółta strzałka). Nieco enigmatyczne? W gruncie rzeczy bardzo proste. Chodzi o to, żeby wskazywać innym drogę, tę właściwą drogę, prowadzącą do upragnionego celu. Zadanie nie jest łatwe, ale nie jest też niemożliwe do wykonania i tej myśli się trzymajmy.

Czasem tak będzie, że oglądając zdjęcia, przeglądając przywiezione drobiazgi, czy nawet czytając notatki z podróży powrócą sentymenty. Kto wie, może w oku zakręci się nawet łezka na wspomnienie o tych wszystkich pięknych chwilach. W takich momentach trzeba sobie przypomnieć pewną mądrą, a jakże trudną do praktykowania myśl:

„Nie płacz, że coś się skończyło, tylko uśmiechaj się, że ci się to przytrafiło”.

Kiedyś usłyszałam od kogoś takie słowa: „Od razu widać, że Pan Bóg szedł z Wami”. Tak, on szedł z nami i idzie cały czas. Z Tobą także.

I kropka.