Dzień XXI: Monte do Gozo – Santiago

floresqaFloresqaLeave a Comment

Dzień XXI – poniedziałek, 26.07.2010

Monte do Gozo – Santiago de Compostela


Tytuł jednej z piosenek brzmi: „Budzikom śmierć”. My nie uśmierciliśmy naszych, ale pozwoliliśmy im odpocząć, dlatego też wstaliśmy ok. 9:00. Mieliśmy pojechać do Fisterry* i tym samym zrealizować ostatni punkt naszych wojaży, ale niestety nie udało nam się z braku czasu. Tym razem rozsądek zwyciężył i spędziliśmy trzeci dzień w Santiago. W końcu udało nam się dotrzeć tam na piechotę! Był to dzień absolutnego relaksu. Trochę pospacerowaliśmy, zjedliśmy przepyszne ciurrosy z czekoladą i poprawiliśmy croissantami.

Potem najedzeni jak małe dzikie świnki rozdzieliliśmy się – my z dziewczynami poszłyśmy na zakupy do Zary (Paula zaszalała, ale w wydaniu moim i Goni nie trwały one zbyt długo), a Piotrek poszedł kupić sobie pamiątki. Wypisaliśmy i wrzuciliśmy do skrzynki pocztówki, po czym wsiedliśmy do autobusu, który podwiózł nas w okolice albergue.

Zaraz po powrocie ugotowałyśmy (jak się okazało – pyszną!) pomidorówkę. Jedliśmy aż się uszy trzęsły – może dlatego, że nic tak dobrze nie smakuje, jak przyrządzona własnoręcznie potrawa. 🙂 Potem wykonaliśmy kilka koniecznych operacji na komputerze (w związku z odprawą lotniczą online), a potem nadszedł czas na pakowanie. Jak się okazało była to nie  lada sztuka, biorąc pod uwagę fakt, że kupiłyśmy 3 całkiem spore pudełka z tartą Santiago i ciastkami, a nasze plecaki jest są ogromnych gabarytów.  Na szczęście nie trzeba było siadać na plecakach, żeby je zamknąć, jak to często ma miejsce na dobrze znanych kreskówkach. Cała sztuka polegała na tym, aby następnego dnia ubrać się w możliwie jak najwięcej ubrań… 🙂

Wieczorem razem z Beatą, Olą i Marcinem poszliśmy na zachód słońca.

Obserwowaliśmy ludzi, którzy skakali z pomocą takich małych spadochroników oraz takich, którzy puszczali latawce. (A może to byli ci sami?) Istna sielanka. Był to jeden z tych zachodów słońca obserwowanych w całkowitym skupieniu. Idealna cisza, niczym w krajobrazie wyrwanym z opisów Antoine de Saint Exupery’ego.  Słońce milimetr po milimetrze chowało się na horyzont. Zachód nie trwał długo, ale był bardzo zjawiskowy. Kolejny dzień przeszedł do historii. Coś się skończyło, ale tylko  po to, by coś nowego mogło się zacząć.

Po zachodzie poszliśmy do baru. W naszym ostatnim hiszpańskim menu znalazło się bocadillos i tarta. Jak szaleć, to szaleć! 😉 Kiedy wracaliśmy do albergue była już późna nocna godzina. Na szczęście byliśmy już właściwie spakowani. Jeszcze chwilkę z Gonią popisałyśmy w naszych pamiętniczkach, po czym dołączyłyśmy do Piotrka i Pauli i razem wystartowaliśmy na podbój Nibylandii.

Jutro wracamy do domu, a nasze Camino pomału staje się wspomnieniem…

*Fisterra – miejscowość oddalona od Santiago o niecałe 70 km. Jest to najdalej wysunięty punkt w Hiszpanii na północny – zachód. Tradycja podaje, że pielgrzymi przybywają w to miejsce, żeby spalić swoje pielgrzymie ubrania na znak całkowitego oczyszczenia, zerwania ze starym życiem i odrodzenia się do nowego.