Dzień XX: Santiago de Compostela

floresqaFloresqaLeave a Comment

Dzień XX – niedziela, 25.07.2010

Santiago de Compostela


Ten dzień był dla nas ogromną niespodzianką. A to wszystko za sprawą zupełnie niespodziewanego gościa, który w tym samym czasie odwiedził abergue w Monte do Gozo. Uśmiech sam pojawia się na twarzy, kiedy takie dziwne ‘zbiegi okoliczności’ sprawiają, że dzieją się rzeczy najmniej oczekiwane. I tak, ponad 2000 km od domu spotkaliśmy o. Tomka – kapucyna, z którym niejednokrotnie chodziliśmy na pielgrzymki do Częstochowy. Nasze zaskoczenie sięgnęło zenitu, a uśmiechy były tak szerokie, że dentysta bez problemu mógłby sprawdzić w jakim stanie są nasze zęby mądrości…  😉

Wymieniliśmy kilka(naście) zdań, po czym udaliśmy się na pierwszą na trasie polską mszę świętą do kaplicy na tyłach budynku. Uczestniczyło w niej zaledwie 7 osób. Jednak właśnie owa ‘kameralność’ liturgii, jej skromna oprawa i wygłoszone słowo tak bardzo nas ujęły. Była to kwintesencja znaczenia całej naszej drogi, odpowiedź na niewypowiedziane głośno pytania.

„Bo znamy siebie na tyle, na ile nas sprawdzono”…

Po mszy uwieczniliśmy naszą bandę na kliku zdjęciach, po czym z panem kierowcą pojechaliśmy do Santiago. Był to oficjalnie i nieoficjalnie nasz przedostatni dzień w Santiago. Przeznaczyliśmy go na sprawy najwyższej wagi – wejście do katedry i odebranie Composteli*, a także te mniej ważne (aczkolwiek nie pozostające bez znaczenia), tj. spotkania z naszymi przyjaciółmi i kupowanie pamiątek. Po krótkiej naradzie ustaliliśmy, że Piotrek stanie w kolejce do Świętych Drzwi, a my w tym czasie załatwimy swoje sprawy i do niego dołączymy. Jak się później okazało, rozwiązanie to było jednym z tych gorszych. (Prawo Murph’ego – Jeśli coś może pójść źle, to z pewnością pójdzie.) Ale cóż.. błędy się popełnia, ludzkim jest zachowaniem najpierw zrobić, a później pomyśleć. Nie będę opowiadać w szczególe, napiszę więc w ogóle, że w jakiś sposób każdy z nas zdobył nowe doświadczenie i niejako odebrał nauczkę na przyszłość.

I w końcu nasza kolej… Ludzie, którzy chcieli wejść do środka stali w kolejce po kilka godzin. Udało się. Emocje osiągnęły niemalże swój szczyt – w końcu dostaliśmy szansę wejść do grobu św. Jakuba, przytulić się do metalowej figury apostoła i oddać mu wszystkie prośby, które nosiło się w sercu przez te kilkaset kilometrów. Czyż to nie jest jeden z tych małych-wielkich cudów? W Dniu Świętym 25 lipca, Roku Świętego 2010, przeszliśmy przez Święte Wrota, stanęliśmy w jednym z trzech najważniejszych na świecie miejsc, do których pielgrzymują ludzie z całego świata… Dostąpiliśmy zaszczytu, dostaliśmy ogromną szansę, za którą wszyscy razem i każdy z osobna będziemy jeszcze długo, długo dziękować Bogu, który  pozwolił nam bezpiecznie doprowadzić nasze Camino do końca.

Tego dnia spotkaliśmy niemal wszystkich poznanych caminowiczów. Z każdym/każdą z nich pożegnaliśmy się wypowiadając słowa nadziei na następne spotkanie.  I tak, jako że jest to jedna z ostatnich moich notatek pozwolicie, że szybciutko wymienię z imienia wszystkich, bez których to Camino nie byłoby tak piękną przygodą, jaką zapisało się w naszych sercach. Zatem pozdrowienia dla Marka, którego niestety już nie zobaczyliśmy w Santiago, dla Judith i Anke, dla naszych Hiszpanów – Patricka, Guillermo, Alexa i Julio, dla Kenta, Alberto, Cristiano, Carlo i jego trzech towarzyszek, Tomka, Moniki, Ignes z jej narzeczonym i innych.

Wieczorem umówiliśmy się na ostatni obiad z chłopakami. Poszliśmy do miłej restauracyjki, w której za namową pozostałych po raz pierwszy w życiu odważyłam się zjeść owoce morza. Muszę przyznać, że były one całkiem smaczne. 🙂 Przy stole było bardzo miło – śmialiśmy się i rozmawialiśmy, podsumowaliśmy to wszysko, czego nauczyliśmy się w obcych językach. A minuty, które dzieliły nas od wyjazdu Hiszpanów płynęły coraz szybciej…

Na koniec zaśpiewałyśmy im z dziewczynami krótką piosenkę, której nauczył nas Alex:

Venga Chico, sal a bailar

Que tu lo haces fenomenal,

Tu cuerpo se mueve como palmera

Suave, suave, su su suave!

 

 

 

Chyba im się podobało, bo śmiali się i chwalili naszą wymowę na przemian. Jakby nie patrzeć, ja też byłabym urzeczona, gdyby obcokrajowiec  zaczął śpiewać po polsku. Ale i nigdy nie wymagaliśmy więcej – zapamiętane przez nich ‚dobranoc’ w zupełności wystarczyło. 😉 Po jedzeniu odprowadziliśmy ich na autobus. Była godz. 23:00 kiedy żegnaliśmy się po raz ostatni. W głębi serca czuliśmy, że jeszcze kiedyś się spotkamy, a to chyba było najważniejsze. Staliśmy tam i machaliśmy dopóki autobus z Guillermo, Julio, Patrickiem i Alexem nie zniknął nam z oczu. Do zobaczenia chłopaki!

Potem już tylko powrót na nocleg po dniu pełnym wrażeń. Po przyjeździe (z braku sił wróciliśmy znów taksówką) jeszcze szybki prysznic i do spania. Jak trudno było nam uwierzyć w to, że już za 2 dni wracamy do domu… Jak trudno…

*Compostela – swego rodzaju certyfikat wydawany w Santiago pielgrzymom, jako zaświadczenie przejścia ostatnich 100 km szlaku Świętego Jakuba. Oryginalny tekst w języku hiszpańskim, zaś nasze dane (imiona, nazwisko) wypisane kaligrafowanym pismem po łacinie.