Dzień XIX: Pedrouzo – Monte do Gozo

floresqaFloresqa2 Komentarze

Dzień XIX – sobota, 24.07.2010

Trasa: Pedrouzo – Lavacolla – San Marcos – Monte do Gozo (13,5 km)


Była wtedy godz. 9:00. Wstaliśmy jako jedni z ostatnich – jak przystało na tych, którzy również położyli się pierwsi od końca… Pośpiech sprawiłby, że zbyt szybko przybliżylibyśmy się do końca naszej wyprawy, którego przecież tak bardzo nie chcieliśmy… Ale zgodnie z powiedzeniem „wszystko co dobre szybko się kończy”, finisz naszej wędrówki także kiedyś musiał nadejść. Zdążyliśmy się rano przywitać z chłopakami, potem małe zakupy spożywcze i w drogę. Tempo tego dnia było zdecydowanie „spacerowe”. Drażnił nas tylko niemiłosierny tłum, który toczył się w kierunku Santiago, by zdążyć na odpust.

Ku naszemu zaskoczeniu minęliśmy na trasie pielgrzymkę z Litwy – w większości starsi ludzie modląc się głośno szli z krzyżem, chorągwiami i świętymi obrazami do grobu św. Jakuba. Wszystkie kobiety miały charakterystyczne spódnice do kostek i zawiązane na głowach chustki, mężczyźni natomiast obowiązkowo długie spodnie.

Narzuciliśmy szybsze tempo, żeby ich wyminąć, po czym usiedliśmy na murku w pobliżu parku, żeby zjeść śniadanie. Spotkaliśmy tam dwie Polki (z których jedna zbierała szyszki!), ale nasza rozmowa ograniczyła się tylko do wymiany kilku niezbyt złożonych zdań. Nie byliśmy przyzwyczajeni do widywania Polaków na trasie i chyba nie spieszyło nam się, żeby to zmieniać. Już mieliśmy obok siebie świetnych ludzi. Więc czegóż chcieć więcej?

Do Monte do Gozo dotarliśmy ok. 15:00. Krótkie poszukiwanie miejsca spoczynku zakończyło się sukcesem. Okazało się bowiem, że Centrum Jana Pawła II to takie ogromne polskie albergue. Po załatwieniu formalności wypraliśmy porządnie wszystkie rzeczy, po czym wskoczyliśmy zadowoleni pod (nie komunalne! Uff :)) prysznice. Wkrótce, zupełnie nieoczekiwanie dostaliśmy propozycję, żeby pojechać do Santiago autokarem. Kierowca jadący po grupę zaoferował nam podwiezienie. Grzechem byłoby nie skorzystać z takiej propozycji, więc w niecałe 20 min ogarnęliśmy się i już po chwili mknęliśmy do miasta. To była nasza pierwsza wizyta w stolicy Galicji. Byliśmy tak okrutnie zmęczeni, że ledwo powłóczyliśmy nogami. Zmęczył nas tłum i hałas. Poszliśmy coś zjeść, po czym znaleźliśmy z Kentem miejsce (murek na Praza de Immacullada), z którego mieliśmy dość dobry widok na ogromny pokaz fajerwerków. Było to niewątpliwie najpiękniejsze fireshow, jakie kiedykolwiek widziałam. Sztuczne ognie wybuchały seriami przez pół godziny, między 23:30 a północą. Siedzieliśmy (lub leżeliśmy – wedle upodobania) i patrzyliśmy na to co się działo na niebie jak oniemieli. Ludzie mówili, że na zakończenie na niebie pojawiła się ogromna muszla, której my niestety nie widzieliśmy, jako że siedzieliśmy po drugiej stronie katedry. Po zakończonym pokazie dołączyły do nas na chwilę Belgijki, z którymi chwilę posiedzieliśmy, by potem spokojnie udać się w drogę powrotną do Centrum JPII. Byliśmy bardzo padnięci, więc jak przystało na pielgrzymów (za dychę ;P) wróciliśmy taksówką. Na zegarku była prawie 2:00. Padłam najszybciej, ale podejrzewam, że reszta drużyny G nie potrzebowała dużo więcej czasu na to, żeby udać się w podróż do Nibyladii. Zasypialiśmy z myślą, że chcemy wejść do Santiago na nogach…

Dziś urozmaicenie – obok zdjęcia już wkrótce pojawi się filmik, dzięki któremu będziesz mógł/mogła poczuć się, jakbyś razem z nami witał/a Święty Dzień, Roku Świętego 2010, w Santiago de Compostela. 🙂

Filmik by Asia