Dzień XII: Vilela – Lourenza

floresqaFloresqaLeave a Comment

Dzień XII – sobota, 17.07.2010

Trasa: Vilela – A Ponte de Arante – Villamartin – Gondan – San Xusto – Villanova de Lourenza (20,6 km)


Tego dnia wyruszyliśmy o 7.45. Jak widać nie mieliśmy ustalonych stałych godzin pobudek i wyjść. Nasze plany (o ile w ogóle je mieliśmy) zmieniały się jak w kalejdoskopie. Ładny kawałek drogi musieliśmy przejść na głodnego i bez wody. Na szczęście było chłodno, a kilometry uciekały bardzo szybko. Ok. godz. 11.00 zjedliśmy tortillę z tuńczykiem (Gonia i ja), Piotrek natomiast z ziemniakami.

Dziś stało się coś na swój sposób niesamowitego. To wyszło tak naturalnie, że zaczęliśmy się razem modlić. Nie wspominałam wcześniej, ale od początku naszego Camino poranna modlitwa była wspólna, wszelkie pozostałe natomiast – ‘każdy we własnym zakresie’. Dziś było inaczej. Do niektórych rzeczy trzeba dojść z czasem. Droga zbliża ludzi do siebie i tak też dzieje się z nami. Z każdym kolejnym dniem coś w nas pęka, bardziej się otwieramy. Dziś połączył nas różaniec i koronka. Miałam w duchu nadzieję, że tak już będzie do końca. Wkrótce mogłam się przekonać o tym, że moje nadzieje się spełniły… A tymczasem wróćmy na trasę.

Mijaliśmy po drodze bardzo urokliwe miejsca. Do albergue doszliśmy ok. 14.00. Pierwszy raz ostrzeżenia pielgrzymów z poprzednich lat się sprawdziły. W łazienkach nie było zasłonek, a drzwi były popsute. Trochę się zeszło zanim opracowałyśmy z dziewczynami taktykę mycia, ale się udało. Późnym popołudniem przyszła dziwna hospitaleira, żeby pobrać opłatę i podbić credenciale. (Wszystkie noclegi a Galicji są płatne 5 euro). Śmieszna była sytuacja – oni nie znają polskiego, my hiszpańskiego… i weź tu się człowieku dogadaj! Moje przerażone „Yo no hablo espańol” trochę rozładowało atmosferę, a potem był już tylko czas na pogaduchy i rozwiązywanie sudoku. Piotrek zrobił mi i Goni przemiłą niespodziankę – przyniósł ze sklepu dla nas po muszli. Wiedział, że jeszcze nie mamy tego gadżetu stanowiącego niemalże podstawę wyprawki pielgrzyma i dogadał się na migi z jakąś panią ze sklepu, która go obdarowała trzema muszelkami. Polak to potrafi… ba, Piotrek potrafi! 🙂

Taka właśnie była RADOŚĆ!

Do albergue przychodziło coraz więcej osób. Dotarli już wszyscy nasi przyjaciele – za wyjątkiem Marka, który chodził własnymi ścieżkami. Wieczorem poszliśmy do kościoła na mszę świętą, na której dostaliśmy od księdza proboszcza specjalne powitanie dla pielgrzymów z Polski. Było to naturalnie bardzo sympatyczne. Na mszy jak zwykle nic nie rozumieliśmy, ale pojawiła się namiastka śpiewu liturgicznego.

Na koniec podbiliśmy credenciale. (Ja swojego zapomniałam, więc musiałam wracać do albergue. Nie było to daleko, ale nawet na odcinku kilkuset metrów można się zgubić wybierając nie ten zakręt. W efekcie trafiłam na cmentarz…). Kiedy w końcu dostałam pieczątkę, poszliśmy z Hiszpanami do baru, żeby coś zjeść. W naszym menu ponownie znalazły się croquetas, którymi najedliśmy się jak małe dzikie świnki. Znaleźliśmy też darmowy Internet, wiec Bodzio mógł napisać notatkę na  naszym blogu. Do albergue wróciliśmy ok. 11.00 i poszliśmy spać. Dzień zakończył się bardzo miło – like always. 🙂