Dzień XI: La Caridad – Ribadeo (Vilela)

floresqaFloresqaLeave a Comment

Dzień XI – piątek, 16.07.2010

Trasa: La Caridad – Valdepares – El Franco – Porcia – Brul – Tol – Ribadeo (Vilela) (21,4km)


Minął jedenasty już dzień naszej wędrówki. Wydaje się, jakby czas płynął coraz szybciej. Ból z dnia na dzień jest coraz mniej odczuwalny, a krajobraz wydaje się już być tak dobrze znanym… Jako pierwsze albergue opuściły Belgijki. Niedługo potem dogoniliśmy je, a potem wszyscy zostaliśmy przegonieni przez Hiszpanów, z którymi potem cały czas mijaliśmy się na drodze. Do Patricka i Alexa dołączyli ich dwaj przyjaciele – Julio i Guillermo. Z nimi też szybko się zaprzyjaźniliśmy.

Dziś od rana padał deszcz i było dosyć chłodno. Cieszyliśmy się, że użyjemy naszych peleryn i wrócimy do domu z przeświadczeniem, że żadnej rzeczy nie nosiliśmy na darmo, że wszystko się przydało i niczego nie brakowało.  (Swoją drogą warto tu podkreślić, że cały sprzęt w jaki zainwestowaliśmy przez Camino sprawdza się rewelacyjnie. Potwierdza się to, co powszechnie wiadomo, a mianowicie, że na sprzęcie sportowym nie ma co przesadnie oszczędzać, bo ma on służyć latami). Pewnie to dzięki niezbyt sprzyjającej aurze narzuciliśmy szybkie tempo, a postojów było wybitnie mało, a jeżeli już się zdarzyły – były bardzo krótkie. Po ok. 5,5h marszu dostaliśmy się do albergue. Tempo Piotrka najbardziej odpowiadało Goni. Było bardzo szybkie, ale jakoś dawaliśmy radę. Przynajmniej choć raz się nie musiał tak strasznie z nami męczyć… Kiedy doszliśmy do schroniska okazało się, że brakuje już w nim miejsc. Krótki telefon i już wszystko wiedzieliśmy: następne 7 km, wolne miejsca, 5 euro, brak kuchni. Byliśmy trochę zmartwieni, zwłaszcza tą ostatnią informacją. Kupiliśmy sobie bowiem wcześniej makaron i sos do spaghetti z nadzieją, że sobie ugotujemy obiad. Ale cóż… Mówi się trudno i płynie – a w tym wypadku idzie – się dalej. Tak też uczyniliśmy. Niebo pojaśniało, słoneczko zaczęło przygrzewać, a jedyny problem polegał na tym, że trzeba iść po asfalcie. Jak ja tego nie lubię…

Na ostatnim odcinku co chwilę pytaliśmy o drogę do albergue, bo był to nowy budynek, nie zaznaczony jeszcze na mapie i w przewodnikach. Jakaż była radość, kiedy je  końcu zobaczyliśmy!

Po kilku ładnych chwilach, można by rzec za namową Piotrka, poszłyśmy się myć. (Po prostu hasło ‘maniana’ chyba za bardzo nam się spodobało.. 😉 ). Po myciu nadszedł czas na jedzenie. Jako że nie było kuchni, zmuszeni byliśmy pójść znów do baru. Wpadliśmy na pomysł, żeby zapytać panią kucharkę, czy za drobną opłata nie ugotowałaby nam spaghetti. Prosiliśmy Paulę, żeby to zrobiła. Na początku była dosyć oporna, ale po kilku minutach przekonywania w końcu się zgodziła. Kiedy wróciła jej mina nie wyrażała niczego innego jak tylko „co ja tutaj w ogóle robię?”, więc zapytaliśmy jak poszło. Z jej uśmiechniętych ust padło jedno zdanie: „na moje nieszczęście – zgodziła się”.

Było ono chyba najpiękniejszym, jakie dziś usłyszeliśmy. Wszyscy zaczęliśmy się cieszyć jak dzieci, po czym Piotrek poszedł do albergue po składniki na jedzenie. Pod czujnym okiem naszego przyjaciela, miła pani kucharka przygotowała nam pyszne spaghetti z tuńczykiem, z 1kg makaronu, które zniknęło w mgnieniu oka. Mało tego – dodała do niego swój ogromny koncentrat pomidorowy.

Jak to dobrze spotykać na drodze tak dobrych ludzi… Na podziękowanie uściskaliśmy ową panią z rosnącym wśród nas przekonaniem, że świat naprawdę należy do odważnych. Na długo tego nie zapomnimy. A tak wyglądała prośba Pauli do pani kucharki:

Paula: Mam do pani głupie pytanie… czy możemy sobie ugotować obiad??

 

Bo szczerość jest najważniejsza. 🙂

Dziś przekroczyliśmy granicę Asturii z Galicją. Rozpoczęliśmy zatem kolejny etap naszej pielgrzymki. Następnego dnia znowu miał nas czekać jeden z tych cięższych poranków, więc po powrocie od razu położyliśmy się spać.