Dzień VIII: Soto de Luina – Cadavedo

floresqaFloresqaLeave a Comment

Dzień VIII – wtorek, 13.07.2010

Trasa: Soto de Luina – Albuerne – Novellana – Castaneras – Santa Marina – Ballota – Tablizo – Cadavedo (23,3km)


Obudziliśmy się stosunkowo późno, bo o godz. 7:30. Noc była tragiczna. Nie mogłam nawet zmienić pozycji, bo wszystko tak bardzo mnie bolało. Czwarty i jednocześnie najbardziej kryzysowy dzień marszu. Zjedliśmy śniadanie (tradycją się stało picie rano litra surowego mleka z kartonu), po czym z lekkim grymasem bólu na twarzy (nikt nie mówił, że będzie lekko!) wyruszyliśmy na szlak. Piotrek wytrwale smarował mi maścią kolano, które raz po raz dawało się we znaki. Sam jednak pomocy przyjąć nie chciał, kiedy bolały go plecy. Mężczyźni…

Po drodze spotykaliśmy bardzo miłych ludzi, którzy dali nam wodę lub umilili czas krótką rozmową. W pewnym momencie Paula poszła od jakiegoś domu zapytać, czy może skorzystać z łazienki. Otworzyła miła starsza pani. Pozwoliła jej wejść do środka, a nas poczęstowała pysznymi orzechowymi lodami. Na koniec wymieniliśmy z ową panią (za pośrednictwem Pauli) kilka słów i pożegnaliśmy się, by ruszyć w dalszą drogę. Taki drobny gest, a jak cieszy! Bo najważniejsze są te małe cuda.

Ostatni odcinek minął nadspodziewanie szybko, a to za sprawą naszych przyjaciół Hiszpanów, którzy skutecznie zajęli nas rozmową. W schronisku spotkaliśmy resztę. Mieliśmy także przyjemność poznać Marka – dwudziestojednoletniego Czecha, który pielgrzymował samotnie. Usłyszeliśmy jak mówi do nas po polsku. Myśleliśmy na początku, że to Polak, po czym okazało się, że sąsiad z południa. Jego babcia mieszka na granicy i bywając tam osłuchał się polskiego, z którym zresztą całkiem dobrze sobie radził. Po chwili dowiedzieliśmy się, że z braku miejsc musimy nocować w innym budynku, do którego ktoś zawiezie nas samochodem. Poszliśmy więc z Markiem do sklepu na zakupy, a potem zjeść obiad.

Naszym wyborem padło znów Menu del Peregrino, które obejmowało m.in. sałatkę, tuńczyka z grilla z frytkami (Hiszpania słynie z pysznych ryb przygotowywanych na wiele różnych sposobów) i ciastko. Jako, że trochę spóźniliśmy się na transport samochodem, musieliśmy iść kawałek drogi na piechotę. Na szczęście nie było to daleko. Naszym oczom ukazał się mały, drewniany i bardzo stylowy domek, wyłożony w środku kamieniem. Wewnątrz dość surowy, ale przy odrobinie wyobraźni i inwencji twórczej można by było stworzyć z niego całkiem przytulne gniazdko. Rozłożyliśmy się na podłodze z materacykami, nasi przyjaciele uczynili to samo w pokoju obok, po czym (jako, że godzina była młoda) postanowiliśmy znów pójść do baru – pogawędzić i posiedzieć. Spędziliśmy po raz kolejny miły, wypełniony śmiechem wieczór. Po wielu kilometrach w nogach i przebytej głupawce, dosyć późno położyliśmy się spać. Na ustach Piotrka pojawiły się słowa: „jutro wstajemy o 6:30”.  Akurat…  😉