Dzień IX: Cadavedo – Luarca

floresqaFloresqaLeave a Comment

Dzień IX – środa, 14.07.2010

Trasa: Cadavedo – Villademoros – San Cristobal – Queruas – Caroyas – Luarca (17 km)


Nikt się chyba nie spodziewał, że wstaniemy punktualnie… według notatek Goni wstaliśmy o godz. 7:40 po słowach Bodzia: „chyba zaspaliśmy…”  ;D  Jakoś się tym za bardzo nie przejęliśmy, tylko spakowaliśmy manatki i wyruszyliśmy na powitanie nowego dnia. Podczas przerwy na śniadanie Paula zobaczyła na swojej nodze kleszcza. Pensetkę, którą wyjmowałam sobie kleszcza z ręki poprzedniego dnia gdzieś wcięło, dlatego musieliśmy sobie radzić inaczej. Niestety pomimo usilnych prób, wsuwka do włosów okazała się niezbyt przydatnym urządzeniem, dlatego w przypływie zdrowego rozsądku postanowiliśmy pójść do wioski i poprosić o pomoc miejscowych. Pomoc uzyskaliśmy od razu – jak się okazało u ludzi, którzy przechodzili specjalne szkolenie dotyczące wyjmowania kleszczy psom (akcja prowadzona przez weterynarza). Dowiedzieliśmy się tego dnia, że kleszcz po hiszpańsku to GARAPATA, a penseta – PINSA. Operacja przebiegła pomyślnie – noga została w jednym kawałku.

W dalszej drodze dogonił nas Marek. Miał bardzo szybkie tempo, więc naszym skrzacim nóżkom ciężko było go dogonić. Kilka razy strąciliśmy go z oczu, ale niebawem i tak wszyscy spotkaliśmy się na kamienistej plaży, przechodząc wcześniej w pobliżu czyściutkiej rzeki, w której pełno było ogromnych ryb.

Plaża była piękna…

Na początku pogoda dopisywała, potem niebo się zachmurzyło i zaczął wiać chłodny wiatr. Dosyć szybko zmyliśmy się stamtąd, żeby coś nie coś przekąsić. Menu del Peregrino było jak zwykle przepyszne. Niewątpliwie najzabawniejszą sytuacja dnia dzisiejszego był moment, w którym kelnerka próbowała wyjaśnić nam co wchodzi w skład menu. Na potrzeby chwili zaczęła dla nas udawać kurczaka i świnkę… 🙂

Przerwa w drodze trwała ok. 3h, dlatego wydawało nam się, jakby etap ciągnął się w nieskończoność. Do następnego albergue dotarliśmy więc ok. 18.00. Wieczorem nauczyłyśmy Patricka grać w kenta. Sprawiło nam to niemałą frajdę. Kiedy Paula z Piotrkiem poszli do sklepu obiecałyśmy sobie z Gonią, że dziś będziemy odsypiać, ale niestety „nasz 1002 plan” wziął w łeb. Po prostu działo się zbyt dużo, szkoda nam było czasu na sen. W tak zwanym międzyczasie zaczepili nas Hiszpanie, którzy pielgrzymowali na rowerach. Chwileczkę porozmawialiśmy (Paula troszeczkę dłużej niż chwileczkę :D), po czym do schroniska przyszedł Marek. Była godz. 21:00, a więc dosyć późno. Okazało się, że miał nocować w miejscowości dalej, ale tam nie było albergue. Biedak musiał wracać z powrotem. Usiadł z nami przy stoliku i zaczął naprawiać swój aparat – antyczne już ŁOMO. Niestety mu się to nie udało. Sytuacja była beznadziejna – Marek zachował pozorną powagę, my zaś z Gonią nie powstrzymywałyśmy ataku śmiechu. Do tego stopnia urzekło nas jego sarkastyczne poczucie humoru, że hospitaleira musiała przyjść i nas uciszać, bo większość pielgrzymów pogrążona już była w głębokim śnie. Resztę czasu jaka pozostała do północy przeznaczyłyśmy na uzupełnianie zapisków w naszych pamiętniczkach.

Tego dnia wybitnie wprowadziłyśmy w życie hasło „maniana”. Nie spakowałyśmy bagażu i nie pościeliłyśmy łóżek. Nawet mycie

zostawiłyśmy na ostatni moment… Ze wszystkim prócz sprzątnięcia szeleszczących siatek z łóżka poradziłyśmy sobie bardzo szybko. Po dwóch nieudanych próbach postanowiłam, że po prostu położę się obok nich. I tak też przespałam noc. Piotrek usłyszał o tym wszystkim miał minę z cyklu tych pt.: „dlaczego mnie to nie dziwi?”, a my miałyśmy ubaw. Nikt na tej całej sytuacji nie ucierpiał, więc dzień i noc można uważać za pomyślnie zakończone.

Albergue było bardzo przytulne. Stworzył się taki międzynarodowy klimat, kiedy po raz pierwszy dołączyły do nas Belgijki – Anka i Judith. Obyśmy mieli jeszcze okazję trafić na tak przyjazne schronisko.

P.s. Piotrek dostał przepis od Niemców na Powerade’a (Wersja ‘make yourself’). Smakuje, gasi pragnienie i uzupełnia elektrolity. Sprawdzone i wypróbowane. Gracias!