Dzień V: Sebrayu – Gijon

floresqaFloresqaLeave a Comment

Dzień V – sobota, 10.07.2010

Trasa: Sebrayo – Villaviciosa – La Parra – Grases – Alto de la Cruz – Peon – El Curbiello – Cabuenes – Gijon (32,3 km)


Dziś wstaliśmy o 4:30. Pakowaliśmy się trochę głośno i chyba niechcący kogoś zbudziliśmy. Brakowało nam taktyki, ale w niedługim czasie doszliśmy do wprawy i później już nie było takich problemów. Ok. godz. 7:30 zjedliśmy śniadanie. Tym razem mleko i maślane bułeczki. Jak się później okazało, był to nasz jedyny posiłek do 15:00. Ale po kolei…

Po śniadaniu ruszyliśmy w dalszą drogę. Etap był ciężki – długi, dużo trzeba było iść pod górę, a słońce grzało niemiłosiernie. Byliśmy zmęczeni…

Na trasie zabrakło nam wody. Poszliśmy z Piotrkiem do gospodyni, ale ona dała nam substytut czystej wody wypełnionymi jakimiś drobnoustrojami, który bynajmniej nie nadawał się do picia. Potem się nauczyliśmy, że prosi się o wodę DO PICIA, czyli „para beber”. Tak to jest, że człowiek przez całe życie się czegoś uczy.

Naszym caminowskim pytaniem jest zdecydowanie „daleko jeszcze?” 😛  Oczywiście w ¾ sytuacji wypowiadaliśmy je żartując, żeby trochę rozładować atmosferę oczekiwania na ostatnią miejscowość, niekiedy jednak naprawdę byliśmy zmęczeni i z utęsknieniem wypatrywaliśmy tabliczki z nazwą upragnionej miejscowości. I tak nadeszła wspomniana wcześniej godz. 15:00. Poszliśmy do baru z nadzieją na jakiś ciepły posiłek, ale znaleźliśmy tylko zimną colę i mnóstwo orzeszków ziemnych, które wyjedliśmy uprzejmej pani barmance. Nasz plan zjedzenia czegoś ciepłego spalił na panewce, okazało się bowiem, że miejscowe „jadłodajnie” nie serwują tego typu posiłków. Znaleźć je można jedynie w wykwintnych restauracjach. Byliśmy trochę zdesperowani i zapytaliśmy, tj. Paula zapytała w jednej z drogich restauracji:

Paula: Czy można zjeść coś taniej?
Kelnerka: 25 metrów wcześniej jest bar dla pielgrzymów.
5 minut później…
Piotrek: Ale przecież tutaj nic nie ma…
Paula: Jak to nie ma?! A ta buda to co to jest?! ;P

Potem już tylko chciało nam się śmiać – szczególnie ze sposobu w jaki Paula wyrażała swoje poirytowanie. Brawo Paula! 😀 Z reguły tak reagowaliśmy, gdy sytuacja była już naprawdę beznadziejna. Tak zakończyły się nasze poszukiwania. Ów bar okazał się bowiem tym samym, w którym pozostawiliśmy po sobie łupinki orzeszków ziemnych…

W końcu, po długiej drodze i wielu postojach, dotarliśmy na nocleg. Znaleźliśmy przy pomocy reszty grupy darmowe spanie na campingu „Deva”. Mieliśmy swój własny malutki, uroczy, drewniany domeczek. Umyliśmy się, popraliśmy i wsiedliśmy w pojazd zwany autobusem, który zawiózł nas do centrum. Tempo działania było sprawne, więc byliśmy trochę padnięci ale i zadowoleni. Pojawił się pomysł, żeby pojechać do Oviedo. Na całe szczęście nie udało się. Po prostu byłyśmy z dziewczynami zbyt niezdecydowane w McDonaldzie… Wyszło na dobre, ponieważ mogliśmy bezstresowo dużo więcej czasu spędzić na plaży i w centrum Gijon. Pan Bóg jednak wie co robi… Nasze nogi coraz bardziej dawały się we znaki. Dochodził do tego stres związany z pewnymi zachowaniami, sytuacjami, który nie poprawiał atmosfery. Dalsza część dnia mijała na podziwianiu palm, fontann, pięknych budynków i przystani. Paula i Piotrek kupili 2 flagi hiszpańskie (bandery), a potem wszyscy razem poszliśmy pomoczyć nogi w słonej wodzie. Pomimo tego, że nasze plany co do kąpieli były nieco inne, zdecydowałyśmy się

z Gonią trochę zamoczyć. I tak we trójkę z Piotrkiem zakosztowaliśmy smaku oceanu. Ostatnim miłym zdarzeniem na plaży był mecz w piłkę nożną z Hiszpanami. Nasze nogi zregenerowały się po kąpieli w słonej wodzie, więc mogliśmy do nich dołączyć. Stworzyliśmy dwa mieszane składy. Było fantastycznie! Tak lekko i radośnie. O to właśnie w tym wszystkim chodzi…

Po kilkunastu minutach zakończyliśmy grę (z wynikiem chyba 3:2 dla nas, tj. Piotrka i mnie plus 2 Hiszpanów ;P) i poszliśmy na jarmark z pamiątkami. Sprzedawali przecudne rzeczy, na których gdyby nie zdrowy rozsądek można by było przepuścić połowę kieszonkowego. Paula kupiła spinkę do włosów z kwiatkiem, a ja bransoletkę. No bo cóż mogłabym innego?…  🙂 Jeszcze tylko kilka zdjęć i…

…wracając natknęliśmy się na grupę marynarzy, diablic i dziewczyn w pompowanych dziecięcych kółkach do pływania. Może jakieś wieczory kawalerskie/panieńskie? Kto wie… Wiemy tylko tyle, że pod koniec dnia już troszkę powłóczyliśmy nogami. Staraliśmy się iść sprawnie ale ciężko było, bo i kolano się też odezwało. Na koniec dnia jeszcze małe zakupy w sklepie, szybki prysznic, żeby spłukać morską sól i do śpiworka. To był bardzo długi dzień.

Czuliśmy się (a przynajmniej ja) trochę wypruci ale też, a może przede wszystkim, szczęśliwi. Bo jak powiedziała Paula: „Każdy dzień jest inny, każdy przynosi nowe przygody i nigdy nie wiemy czym nas może zaskoczyć.”

Na zakończenie dnia przyszła taka mała refleksja, że chyba każdy z nas pomału zaczyna odczuwać Camino jako drogę, która często gęsto rzeczywiście sprowadza człowieka do jego fizjologicznych potrzeb – umyć się, uprać rzeczy, wyspać i zjeść. Właśnie wtedy uzmysłowiłam sobie, że będzie to dla nas niesamowita nauka akceptacji dla drugiej osoby, pójścia na kompromis, podjęcia pewnych wyrzeczeń. Nauka braterstwa i próba szlifowania własnej osobowości.

Spodobał Ci się wpis? Podziel się nim na: