Dzień IV: San Esteban – Sebrayu

floresqaFloresqaLeave a Comment

Dzień IV – piątek, 9.07.2010

Trasa:  San Esteban – La Venga – Berbes – La Espasa – La Isla – Colunga – Perneus – La Liera – Priesca – La Vega – Sebrayo (26km)


Noc była spokojna. O godz. 5:15 ruszyliśmy na szlak. Reszta naszej grupy – Beata, Ola i Marcin wyszli godzinę przed nami. Było ciemno, więc musieliśmy iść z latarkami. Niebo było rozgwieżdżone i tylko od czasu do czasu ciemność przerywana była przez nikłe światło przydrożnych latarni. Było na swój sposób tajemniczo i magicznie. Mieliśmy możliwość podziwiać jak dzień budzi się do życia – coś niesamowitego! Dookoła nas rozciągały się piękne krajobrazy – po prawej stronie morze, po lewej góry, palmy, plaża… Mogłabym się co chwilę zatrzymywać, żeby zrobić zdjęcie, ale to dezorganizuje tempo marszu. Nie chciałam, żeby Piotrek musiał nas ciągle pośpieszać. 😛  Poza tym, nie chcieliśmy przecież by zastała nas północ…

Spotkaliśmy sympatycznego Hiszpana, którego nazwaliśmy „Speedy Gonzales”. A to dlatego, że pomimo swoich lat (wyglądał na ok. 60) miał bardzo szybkie tempo i robił nieziemsko długie dystanse. Kilka razy mijaliśmy się z nim i za każdym razem były to bardzo miłe spotkania.

Na trasie staraliśmy sobie umilać czas – trochę z Gonią śpiewałyśmy. W naszym repertuarze znalazły się głównie hity pielgrzymkowe (co raczej nie dziwi). No bo w końcu porządkowa i bębenkowa… W niektóre kawałki włączał się też Piotrek, jak na niegdysiejszego kwatermistrza i porządkowego w jednym przystało. Stworzyliśmy nieco zaktualizowaną wersję trójeczkowej przyśpiewki:

Jedna Setna Trójeczki – nad całym światem!
Jedna Setna Trójeczki – każdy nam bratem!
Jedna Setna Trójeczki – Jak stare wino!
Jedna Setna Trójeczki – to moja miłość!
Laj la la laj…

I tak śpiewaliśmy jeszcze o porządkowych (Gonia), poliglotach (Paula), muzycznych (ja) i kwatermistrzach (Piotrek) w Jednej Setnej Trójeczki. Czyż to nie urocze?…  🙂 Po zmianie repertuaru, w nieco bardziej znane kawałki włączała się też Paula.

Doszliśmy stosunkowo wcześnie, więc mieliśmy całe popołudnie dla siebie. Trochę poleniuchowaliśmy pomimo tego, że to dopiero początek i nikogo jeszcze tak naprawdę nic nie bolało. Pierwszy dzień za nami. Teraz już możemy o sobie powiedzieć – pielgrzymi. Musimy jeszcze tylko uwierzyć w to, że realizujemy w końcu swoje marzenia. Bo czasem to wszystko wydaje się być zaledwie pięknym snem…