Dzień II: Kraków – Londyn – Santander

floresqaFloresqaLeave a Comment

Dzień II – środa, 7.07.2010

Trasa: Kraków – Londyn – Santander


Paula pobiła dziś rekord – wstała o 5:00 podczas gdy pobudka planowana była na godz. 6.:10 (a więc wystarczająco wcześnie). Zaspaliśmy. Gdyby chodziło tylko o mnie powiedziałabym, że „tradycji stało się zadość”, ale tego ranka wszyscy potrzebowaliśmy jeszcze tych 15 minut snu. Potem wprawdzie wszystko musieliśmy robić dwa razy szybciej i zamieszania było niemało, ale dla tych kilku minut w łóżku można wiele poświęcić… 🙂 Potem dobieg na przystanek i udało się. Zdążyliśmy.

Myśl, że pierwszy raz polecę samolotem ostatnimi czasy nie dawała mi spokoju. I w końcu znaleźliśmy się na lotnisku. Bez większych problemów przeszliśmy odprawę, kontrolę jedną i drugą (podczas tej ostatniej przeszukali Marcina – chyba z powodu jego wojskowych butów), po czym wsiedliśmy do naszego Boeinga 737. Długo czekałam na ten moment, ale warto było. Najpierw dostaliśmy krótkie instrukcje od stewardess, a potem samolot powoli ustawiał się na pasie startowym. I nagle przyspieszenie – w kilka sekund ponad 100km/h. Z dużą siłą wgniotło nas w siedzenia, po czym zaczęliśmy się odrywać od ziemi i… Odlot! I to dosłownie… 😉 Budynki i samochody robiły się coraz mniejsze. Pod nami tworzyła się ogromna makieta miast i wiosek.

Cały czas spadało ciśnienie, więc wszyscy, jak na zawołanie przełykaliśmy ślinę i ziewaliśmy, by wyrównać ciśnienie i „odetkać” uszy. Gonia miała problemy z samopoczuciem, ale gdy wyrównaliśmy lot wszystko wróciło do normy. Za oknami chmury, puchowe kołderki… Naprawdę można było poczuć się jak w niebie. „Istne mleko!” – powiedziałam, a Bodzio zapytał „tylko gdzie jest kawa?”…

Pół lotu przespałam, ciśnienie było zbyt niskie. Ok. 11:30 czasu londyńskiego dotarliśmy do Stansted.  Trochę głodni, ale pełni zapału czekaliśmy na dalszą odprawę do Santander. W tym momencie dołączyła do nas Ola z antyinsektowymi prześcieradełkami. Przewijało się przez lotnisko bardzo wielu ludzi różnych narodowości. Spotkaliśmy kilku Polaków pracujących w obsłudze, którzy nas serdecznie witali. Druga podróż była podobna, aczkolwiek nieco dłuższa. Dotarliśmy na miejsce po 2,5h. Pogoda była cudowna…

Na miejscu odżyliśmy. Wszystkie formalności w punkcie informacyjnym załatwiała Paula, która jako jedyna potrafiła porozumiewać się w języku hiszpańskim. Rozpoczęliśmy poszukiwania albergue. Jedno przepełnione, w drugim 12 euro od osoby, a przy kościele nie udostępniają podłogi. Podjęliśmy decyzję, że śpimy na plaży, po czym poszliśmy na półfinały Hiszpania – Niemcy. Co  to były za emocje! Wymalowaliśmy się we flagi na policzkach i szaleliśmy z Hiszpanami, kiedy Niemcy przegrali 0:1.

Wuwuzele, klaksony, gwizdki, krzyki – nikt tej nocy nie myślał o tym, żeby kłaść się wcześnie spać (no, może za wyjątkiem pielgrzymów i tych, którzy musieli iść do pracy 😉 ). Spotkaliśmy też sympatycznych Polaków, którzy szli od początku Camino del Norte. Na zakończenie dnia zostaliśmy miło zaskoczeni – po raz pierwszy. Okazało się, że Pani o imieniu Casilda, która pracowała na lotnisku w informacji była w tym samym barze. Rozpoznała Paulę i  gdy się dowiedziała, że nie mamy gdzie spać zaproponowała nam swoje mieszkanie. Brawo Paula! I tym sposobem 7 osób zakwaterowało się w niedużym mieszkanku w centrum miasta. Byliśmy szczęśliwi, bo dostaliśmy pierwszy sygnał z Góry, że Ktoś nad nami czuwa i pomoże nam bezpiecznie dotrzeć do celu.